Skąd dziś mężczyźni?

No właśnie, skąd, a raczej: z czego? To smutne, ale chyba z memów, seriali, piosenek hip-hopowych, filmów porno i książek o umięśnionych herosach. Wszystkie te gadżety niczym koledzy poklepują współczesną „męskość”, „dumę” i „honor”, a także pozwalają na utrzymanie osobnika w doskonałym, głośno chichoczącym optimum, które zatrzymuje na dobre w błogości spijania piwa, śnie o byciu zdrowym, silnym, błyskotliwie wulgarnym i równo skrojonym.

Męska beczka śmiechu, tak jak beczka piwa, wygląda na trwałą, wyrobioną. Jak gąbka chłonie kolejne fobie testosteronu. A zaczynają się one i kończą choćby tu – na subtelnej sile kobiecości. Nawet najlepiej obudowany organizm, w zbroi z fejsbukowych fanpejdżów, z tarczą pełnych krwi komputerowych gier, nawet z mocno rozwiniętym kręgosłupem bogoojczyźnianym – nawet taki to czołg grzęźnie w mule, kiedy najzwyklej inteligentna kobieta za pomocą kilku prostych sztuczek wystawi na próbę jego najczulszy z elementów: męską dumę.

Ba! Nie tylko przed kobietami się ona ugina. Komuż z tych marzących o podbojach przodków, sentymentalnych marzycieli, kolekcjonujących hełmy, karmiących się wojennymi filmami – komuż z nich przyjdzie do głowy fakt, że na wojnie niekoniecznie stać się mogą bohaterem, ale np. jeńcem bądź inwalidą? Iluż to bogaczy nie śpi po nocach przez koszmary, w których nikną ich pieniądze i zaczyna się smutna dola żebraka?

Kiedyś, czytając o Wikingach, dowiedziałem się, że ich żony miały większe niż gdzie indziej prawa, np. prawo wystąpienia o rozwód. Doszedłem wówczas do prostego wniosku: mocą tych wojowników, którzy podbili być może więcej świata, niż nam się wydaje, była istota przezwyciężenia własnego strachu. Strachu niezwyczajnego – strachu męskiego. Bo w nim się chyba zasadza struktura męskiej dumy: w byciu jak najlepszym kolegą. W lęku przed kompromitacją wśród „swoich”. W ciągłej potrzebie imponowania i byciu „pierwszym”. Także żerując na tym męskim lęku politycy budują nam „męski”, neoliberalny kapitalizm.

Oglądając zatem (i słuchając) codzienne przebłyski ciętego języka, jakiego dostarcza mi rzeczywistość fizyczna oraz medialna, myślę czasem, że kurczymy się my, panowie, niczym te nędzne istoty z grafik Brunona Schulza. Zagubieni we własnych pożądaniach nie potrafimy grać w prawdziwie ryzykowną grę, którą jest przecież życie, gdyż wszędzie nam płynie lekko pocieszające piwo: proste zdania, tępe docinki, prymitywne tęsknoty, próby rzewnego doprowadzania świata do „normalności” (w grach komputerowych i rozmowach w knajpie). Być może jednak świat się nie zmienił – zmieniliśmy się my. Kres ery gentlemanów przyniósł… nic nie przyniósł.

 

Na razie kończę

Zdecydowałem się napisać niby oświadczenie i mam nadzieję, że uda mi się ująć je w odpowiednim tonie. Jest ono skierowane chociażby do tych wszystkich miłych ludzi, którzy (bardzo mi przy tym schlebiając) proponują napisanie recenzji czy tekstu na dany temat. Jest to też również dla osób, może i nielicznych, ale wypytujących mnie o zainteresowania, plany, inspiracje czy daty publikacji jakichś literackich wyrobów spod mojej ręki. Wszystko naprawdę bardzo miłe, ale…

Ale…

Prawda jest smutna, bo chcę ogłosić, iż na tę chwilę nie mam zbyt wiele do przekazania. Nie wiem, czy miałem kiedykolwiek, ale jeśli nawet, to się wypaliłem. Być może tak wygląda twórczy kryzys, być może. Spróbuję jednak trochę się usprawiedliwić.

Otóż mowę odbierają mi donosy z gazet i obserwacje codzienności, na które skazany jestem od kiedy porzuciłem ciepłe, separujące od świata mury uczelni. Świat mi się nie podoba. W tak dziwacznym pluralizmie, jaki ostatnio trzęsie życiem społecznym, nie widzę sensu pisania czegokolwiek i gdziekolwiek, gdyż i tak wzbudzi to jedynie refleksję na temat tego, za kim jestem? Bardzo smutna ta polityczna wspólnotowość, bardzo smutny ten dzisiejszy głód konfliktu. A przyznam, że właściwie nie potrafię wnieść w tę polifonię niczego konkretnego, bo sam czuję się uwsteczniony. Nieświeży. Niedzisiejszy. Świat poszedł w przód, a ja w tył. Odezwę się, jak zmądrzeję. Nie pozabijajcie się do tego czasu.

Jutro, w czas bitwy o mnie myśl i niech wypadnie tępy miecz z twej ręki.
*cytat z mało znanego dramatu Szekspira, który Javier Marias umieścił w tytule swojej powieści. Bardzo ją polubiłem.

Bezczelne kaprysy przypadku

Windą na szafot to film, który mnie urzekł, mimo że zaczyna się od dialogu dwóch typowych je t’aime. Jest subtelnym wprowadzeniem Szekspira w mroczną estetykę kina noir, kina, które chyba najbardziej wybiło się na reprezentację tego, co „kinowe”. Czarno-białe widowiska wypełnione mężczyznami w płaszczach i kapeluszach oraz bogato wystrojonymi, niezwykle zmysłowymi heroinami wydają mi się pierwszym skojarzeniem, jakie mam ze słowem „kino”, tak jak wielkie tomy dziewiętnastowiecznej prozy realistycznej dominują u mnie w znaczeniu słowa „literatura”. A i wspomniany już Szekspir doskonale staje w tym elitarnym szeregu, gdy mowa o teatrze. Ba! Film Louisa Malle’a to także jazz, muzykę napisał i nagrał sam Miles Davis, więc wszystko tu nie wydaje się ani trochę nieporozumieniem, oprócz tego początkowego je t’aime, je t’aime

Louis Malle

Reżyser Louis Malle jest w ogóle całą epoką francuskiego (i światowego) kina. Jego staż trwał ponad 30 lat i przyniósł wiele produkcji tak głośnych, jak i kontrowersyjnych (m.in. KochankowieSzmery w sercu, Do zobaczenia, chłopcy!). Zdarzyło mi się nawet już  pisać tu o jednym obrazie, który współtworzył wraz z Rogerem Vadimem i Federico Fellinim (Historie niesamowite – trzy nowele filmowe inspirowane opowiadaniami Edgara Alana Poe).

O ile więc nie jestem wielkim sympatykiem dziewiątej muzy, o tyle Windą na szafot okazało się historią wprost idealnie trafiającą w moją wrażliwość. To fabuła mocno napędzana przez istotę przypadku, którego rola jest tu tak niebagatelna, że wręcz nierealna.

Louis Malle

Były oficer, weteran francuskiej kampanii w Indochinach decyduje się na zabicie swojego obecnego szefa – słynnego biznesmena, handlarza bronią, mając jednocześnie namiętny romans z jego żoną (stąd początkowe je t’aime). Wszystko idzie jak z płatka, lecz do czasu (zwiastunem załamania misternego planu jest już spoglądający na miejsce zbrodni, czarny kot – proste, lecz urokliwe). Zabójca bowiem zostawia zwisającą z okna linę, co nie wydaje się jeszcze tak straszne, gdyż siedząc już wygodnie w swoim sportowym samochodzie zauważa sznur na budynku, po który wraca, nie zamykając wozu, wsiadając, jak gdyby nigdy nic,  w windę, co okazuje się błędem. Dzień pracy dobiega już końca, więc poczciwy dozorca wyłącza prąd w całym budynku. Winda staje w połowie drogi, główny bohater jest w potrzasku. W tym samym czasie jego nowoczesny samochód zostaje skradziony przez parę młodych kochanków, którzy łatwo i bezmyślnie (właściwie dla swojego wieku) popełniają na konto właściciela cały szereg straszliwych głupstw…

Louis Malle

Przygrywający w tle Miles Davis doskonale oddaje istotę całego spektaklu, będącego właściwie barwnym wyrazem zmian, jakie nadchodziły wówczas w skostniałej, burżuazyjnej Francji, mającej kaca po Vichy i swojej ostatniej, kolonialnej(!) przeprawie w Indochinach. Świat kawiarenek i pięknych ubrań okazuje się tępą grą pozorów, resztkami pozostałymi na ruinach starego, europejskiego ładu. Nadchodzące pokolenie odczuwa przekłamanie zarówno tradycji, jak i zrodzonej przez nią obyczajności, daje się ponieść ślepym instynktom prowadzącym do spalenia wszystkiego na popiół. Choć przecież policja ostatecznie triumfuje, jej władza broni tego, co dla wszystkich uczestników fabuły jest nienaturalne. Właściwie to wszyscy oni walczą o miejsce dla własnej naiwności. Nie wydaje się dziś zbytnio odkrywcze, lecz wrażenie obserwacji tamtych lat, gdzie ludzkość rozpaczliwie walczy o banalnie pojętą młodzieńczość – to jednak wciąż niezwykłe, zwłaszcza za pośrednictwem filmu noir.

Louis Malle

Nadzwyczaj prosty, a jednocześnie nadzwyczaj niesamowity film Louisa Malle’a wchodzi na wieloletnie pole dialogu Europy o tym, jak wiele i jak niewiele znaczą kaprysy serca. Zazwyczaj w historii bywa, że po trudnych politycznie okresach ludzkość chce się odmłodzić, czasem na siłę, czasem nazbyt rozpaczliwie. A wyraża to ciągle tym samym – namiętnymi kochankami walczącymi o autonomię, walczącymi za cenę każdego życia, każdej sprawy. Gdyby podsumować w ten sposób dzieje ludzkiego gatunku, jest on jakby trochę zatrzymany w średnim wieku, jedną nogą w sportowych butach, drugą na inwalidzkim wózku dla starców. I nie, panie Szekspir, świat nie jest teatrem. On jest zwaśnionym klubem samotnych serc (alem powiedział).

Wewnętrzne krasnoludy

Istnieje rodzaj nieprzyjemnego blogowania, psychopatycznego blogowania. Pisania zdań, które nie mieszczą się na żadnym portalu, w żadnej gazecie. Wyrwanych z pióra jak krtań w uścisku terrorysty. Są bękartami piszących, zwłaszcza tych najmniej zdrowych. Najbardziej używających sobie na słowach.

To śmieszne, ale przez lata zachęcałem znajomych do czegoś, co w książkach sprzed stu lat nazwane zostało podróżą w głąb samego siebie. Gloryfikowałem tę próbę egzystencjalnego wczucia jako lek na całe zło doświadczeń zewnętrznych, które przynosi życie (iii… ludzkie zwierzenia). Dziś wyczuwam w tym ogromną bzdurę, a być może i… pułapkę(?).

Bo jak właściwie ta podróż miałaby wyglądać? Nieskończone rozmyślanie o własnych mniej lub bardziej cierpkich ekscesach? A może wybranie któregoś z nich jako kluczowego, tego, co determinuje całą passę innych, męczących, dręczących nocami. Nieskończone błądzenie po spięciach miłosnych i towarzyskich kompromitacjach. Powtarzanie sobie o niewykorzystanych szansach. Myślenie co by było, gdyby…

Widać tu prosty błąd. Błędem jest chyba kumulowanie energii na interpretacji samego siebie. To jednak przecież działanie, a ono jednak… ono jednak nieustannie nas zniekształca.

Tak wygląda oszukiwanie wspomnień i kształtowanie z nich lustrzanego odbicia, to niby pozwala poznać kogoś nowego. Kogoś, kto siedzi w duszy. Z iloma dziwadłami rozmawiamy? Mam wrażenie, że z każdym jednym utrapieniem powstaje nowy natręt, który pcha się na miejsce tego, co wewnątrz autentyczne. Jesteśmy trochę rzeźbiarzami naszych rozmówców, rozmówców powstających jak grzyby po deszczu w momentach samotności. Proszę wybaczyć te mentorskie rojenia, nie mam tu żadnych psychoanalitycznych ambicji. Chciałbym za to pomyśleć, czy wewnętrzne dociekanie własnego ja do końca jest bezpieczne. I czy wartościowe.

Żyjąc w czasach, kiedy na wszelką tezę monopol mają jedynie naukowcy, można by na nich zaoszczędzić. Wszyscy wytwarzamy sobie partnerów, tak uważam. Są oni niczym innym, jak naszą zabawą w ikony. Wyglądamy sobie raz na bardziej, a raz na mniej umięśnionych. Raz bardziej, a raz mniej elastycznych. Bardziej lub mniej ekstrawaganckich, podobnych do tych lub innych filmowych aktorów, postaci literackich. Mam wrażenie, że już kiedyś o tym wspominałem. Tylko teraz, miły czytelniku, ów przyjemny typ obłąkania nie wydaje mi się straszliwy, a… powszechny, naturalny. Ale niezdrowy. Chorujemy dziś poważnie, bo nieustannie na nowo staramy się ze sobą wytrzymywać. Z całą masą skrzywień gromadzących się w duszach, lepiących nowych chochlików.

Ci wszyscy panowie nas zabawiają. Pocieszają. Nużą. Dołują. Karcą. Kuszą. Prowadzą na manowce. Dusza jest prawdopodobnie niesamodzielna. Ona także pragnie się zabawić, od czego ma wyobraźnię. Z resztek codziennych odpadków doświadczenia potrafi coś ulepić.

Paskudne jest to pomnażanie codziennych rozmówców.

 

Letnie paplanie

Była kiedyś taka historia o straszącym nad rzeką nożowniku, który usmarowany węglem, odziany w czarne łachy biegał za kąpiącymi się latem dziećmi. Podobno spodnie z tyłu zaszył drutem, gdyż raczej ich nie ściągał i, dzięki temuż drutowi, załatwiał potrzeby fizjologiczne.

Lipiec żywi się opowieściami wybrzmiewającymi wśród bujnie rosnących chwastów. Panuje wówczas wśród ludzi dyspozycja słuchania. Świat staje się fantastyczny, śmieszny i młody. Nawet, kiedy w gazetach panuje kryzys, a za ścianami zachodu ponoć wyrastają nowe, podejrzane mocarstwa, trudno przerwać gadulską obsesję. Jakoś latem łatwiej odnaleźć się opowiadającym, zwłaszcza podczas naiwnych, wakacyjnych rytuałów. Pomnażani są jak ryby po deszczu, każdy odnajduje w sobie stare, najbardziej zakopane w duszy historyje.

Teraz nawet piszę, a prawie wyszło mi to z krwi. Zawsze co innego w dzień, co innego nocą.

Nocą lipcową należy coś napisać, choćby miało to być czytelne tylko w lipcu, tylko po północy. Utrwalenie  zmroków lata, które energetyzują życie, jest szlachetną próbą wprowadzenia powietrznych fluidów  w bezduszny świat liter. To radość bezwolna i niekontrolowana. Takie chowanie upału do słoika. I nieważne, czy będę tu zaraz kręcił anegdotę, czy może spróbuję ckliwie poetyzować. Obok ciepłego wieczoru po prostu nie wypada przejść obojętnie, jakkolwiek to brzmi.

Paplanie, tak.

Po naciśnięciu klawisza enter popatrzyłem na powstały uprzednio akapit. Pisząc go stałem się dzieckiem, które w wieku ośmiu lat zaczynało literacką praktykę rymami i jeśli w pobliżu jest łąka/to idź się w rzece wykąpać. Tak, sam śmieję się z siebie, lecz w przyjemny sposób. Okazuje się bowiem, że długo czekałem na moment, kiedy zacznę pisać z nudów. Nie z frustracji, nie z ambicji, nie z obowiązku, ale… z nudów.

Znowu o sobie? Nie.

Nuda, wydaje się, jest objawem naszego zdrowia psychicznego i osiągnięcia względnie trwałego spokoju. Człowiek chory się nie nudzi, nie jest w stanie. Nieustannie zajęty jest walką – wewnętrzną lub międzyludzką. Po najczarniejszym 25-tym roku życia nauczyłem się wycofywać w porę z presji działania. I teraz, przyznam, rozkoszuję się rezultatem.

Opowieść jest też alternatywą dla wymądrzania, jakie powyżej praktykuję.

Opowiadanie historii, które zajmuje mi tyle życia, nie musi mieć w sobie symptomów degeneracji, okaleczenia, czy zwyczajnej chęci zwrócenia uwagi. Jest przyjemnością opowiadacza, w ten sposób dopiero znajdującego spokój. Stworzono nas do ważniejszej użyteczności języka niż zwykła wymiana uwag i potrzeb. Pomnożyliśmy po stokroć kombinacje słów aby wytłumaczyć głównie to, skąd przyszliśmy i dokąd idziemy. Nic innego, w gruncie rzeczy, nie obchodzi nas w naszych spotkaniach.

Jeśli miałbym na koniec o czymś opowiedzieć (bo niechcący namnożyłem aforyzmów), przypomniał mi się człowiek, z którym kiedyś jechałem „stopem”. Szukając wspólnego tematu, zacząłem snuć zasłyszaną gdzie indziej, w innym samochodzie anegdotę o właścicielu firmy budowlanej, co to wygrał przetarg na budowę autostrady, po czym przez usterki logistyczne jego firma zbankrutowała, a on skończył z długiem na 4 miliony złotych. Okazało się wówczas, że jadę z tym właśnie osobnikiem. Oświadczył mi jeszcze, że właśnie się „odkuł”. Tak właśnie nieoczekiwanie stajemy się tym, o czym opowiadamy.

Alice

Riffy z Fugazi ciągną mnie na randkę
z Alicją w kajdanach. Przerobiłem jej
śmierdzącą skórę już miliony razy.
Teraz chce, bym postawił jej piwo,
ma ostatnie drobne i dawno nie jadła.

Daję jej rękę, daje oczy, kawałki
mięsa z siebie. Chciałaby jakiegoś
głupiego dowcipu, choćby słodkiego
potknięcia się Konrada o kamień.
Udaję, że udaję, ona się śmieje
bezzębnie. Lubi moje radosne
samoobijanie kolan.Ta słodka krew
z dzieciaka i jego brak marzeń.
Słodka, kurwa.

Widzisz, Alice, wszystko byłoby
dobrze, gdybyśmy przestali
widywać się w miejskich parkach.
Tak, wiem, przypominają Ci one
rodzinne Seattle. Lecz ja, niestety,
pochodzę z polskiej rodziny, która
chciałaby poznać swoją synową.
Chciałaby ślubu z wódką i z mięsem,
z tańcem, bójką między wujkami,
rzucaniem welonu.
Alice, po prostu musimy się razem
przeżegnać. Albo pożegnać.
Jak wolisz.

Ktoś opowiada o walce z depresją.
Ja… piszę wiersze o samotności. Rany,
Alice płacze,  rzygam tym płaczem.
Ktoś opowiada o walce z depresją, tym
też rzygam. Skąd się biorą ludzie, którzy
nie mają starych płyt kompaktowych i kaset.
Oni tylko o walce z depresją,
o leczeniu anonimowych alkoholików.
Opuścili Alice. I znów, kurwa, mam ją
przygarnąć?.

Mętna historia nie zwraca uwagi, ot,
syndromy rozpieszczenia jedynaków.
Opiekuję się Alice. Jakie, kurwa, szlachetne.
Mam przynajmniej ostatnie słowo. Słodkie.
Jej ostatnie słowo. Lifeless dead.
Wyrecytujcie każdą z tych głupot gdzieś,
tam, w młodości. Bardzo śmieszne.
Już nigdy nie będziecie młodzi.
Bardzo śmieszne. Młodość to coś więcej.
Dosyć, kurwa, dość.

 

Casanova

Gdy umiera moje słowo,
Jestem sam, Casanovo.
Piszę do rozmawiających z brakiem serca.
Jestem głosem mojego ojca,
Który też był sam,
Choć kibicowały mu piękne kobiety.
Jak mi.
Jestem pisarzem samych,
Nie kobiet, nie mężczyzn.

Nie dotykam łez, nie ocieram łez.
Znajduję pieniądze na ulicy, mam szczęście.
Mam szczęście samego.
Zabijam owady i nikt się nie burzy.
Oburzenie wzbudza zbrodnia kalekich ludzi.

Jestem sam, włączam muzykę nieszczęśliwych sławnych.
Moje ostatnie słowa będą nieznaczącym upadkiem.
Bo gdy umiera moje słowo,
Jestem sam, Casanovo.
Podajcie moje „sam” pocztą pantoflową.
Niech ktoś się chociaż zaśmieje.
Tak pisze sam, sam, sam.
I jeśli chcesz, bym posprzątał pokój, nie zrobię tego.
Jestem jego brudem, przyznaję się.
Płacę duże kaucje za swoje życie.
Nie umiem płakać, więc płacę.
Rodzina płacze, a ja jestem sam.
Rodzina mówi, że nie jestem sam.
Rodzina płaci.

Gdy umiera moje słowo,
Jestem sam, Casanovo.
Daj mi żyć, daj mi nieżyć.
Daj mi więcej deszczowych dni, kiedy popijam dym.
Bo piszę słowo,
Bo nie mogę się zabić,
Niech słowo umiera za mnie.
I napiszę jeszcze raz to,
Że jestem sam, Casanovo.
Bo to wszystko dla Ciebie,
Byś żył tak, jak na to przystaje świat.
Kiedy już pięknie się zaśmieje,
Kiedy napisze Twoją historię po raz setny.
Umrzesz jak moje słowo, Casanovo.
Z miłością chrześcijańską, wiarą i nadzieją.
Bo jesteś ostatnim ze snów, które stają się ciałem.
Bo jesteś słowem, Casanovo.

 

O romansie Życia ze Śmiercią

Dzisiejsze poczucie schyłkowości jest zaszczepiane ludziom w bardzo wulgarny sposób. Media codziennie informują nas o obecności barbarzyńców u bram. Jesteśmy straszonymi prosiętami, którym wydaje się, że czują nadchodzącą rzeź. W kwartalnikach politycznych trwają dyskusję o tym, jak odbudować starożytne cnoty Europy, jak przywrócić choć trochę naiwności rozbudzającej odwagę mieszkańców Starego Kontynentu. Bo choć przed laty pływali oni po morzach, podbijali kulę ziemską, dziś są już tylko melancholijnymi żarłokami, którym nuda i zgorzkniałość nie pozwalają  na oderwanie się od elektronicznych urządzeń. Tu jest nasze życie, tu, za ekranem. Potrafimy zdobywać królestwa, mordować, budować fantastyczne zamki. Ale tylko na niby.

Zapach katastrofy ma również współczesna, zbyt głośna samotność. Jest ona słyszalna niemal w każdym miejscu. Mówi głosem politycznych radykałów, medialnych krzykaczy, celebrytów, jazgotliwych zespołów muzycznych i wielu nieudanych książek. Przekracza resztki pozostałych norm, gdyż tak bardzo domaga się posłuchu. Jak wielu przecież opisuje nas dziś za pomocą figury nieszczęśliwej dziewczyny, która szlocha na miejskim krawężniku mając w sobie wiele rodzajów płynów i chemicznych wynalazków. Jeśli więc piszący w ten sposób mają rację, niebawem przyjdzie albo jakiś złudny pocieszyciel, albo po prostu gwałciciel/morderca. Przynajmniej tak nam mówią.

Katastrofa w świecie rozwija się powoli i po cichu. Ma początek w ludzkich duszach, które brną z uśmiechem ku śmierci. Ogrom codziennych relacji przechowuje tę piekielną dyspozycję, by stać się bezwzględnym. Trzeba tylko obudzić wilka w człowieku, jakby Bergman powiedział. Zainicjować upadek. Rozpocząć pęd do zniszczenia.

Żyjący w podobnie zasmuconych czasach Nietzsche uznał, że próbą ludzkich możliwości są zbrodnia i miłość. Jako ludzie chyba byśmy go rozczarowali. Jak nigdy wcześniej nie wierzymy obecnie w siłę, a do obu wymienionych rzeczy jest ona potrzebna. Naszą cnotą stała się słabość. Wszystko leczymy. Nasze zachcianki mogą być tylko próżne i puste, bo nic tak nas nie przeraża, jak patos. Boimy się przyznać do szlachetności, do poszukiwania wielkiego uczestnictwa w historii dziejów. Boimy… bo to po prostu śmieszne.

.I właśnie dziś wezwany powinien być romantyk. Nadeszła godzina, kiedy mógłby pokazać waleczność, upór i ofiarę. Przywrócić powagę naszym myślom, sens poświęceniu. Ale wyglądałby przecież jak obłąkane dziecko, więc z czym do ludzi.

Od dawna noszę się z napisaniem abstrakcyjnego opowiadania, w którym występują po prostu Życie i Śmierć. Są nieudaczną parą kochanków, co to ciągle się kłóci i rozwodzi. Ale coś ich nie może od siebie uwolnić, bo Życie patrzy na Śmierć z wielkim zaintrygowaniem, a Śmierć uzależniona jest od urody Życia. Tylko jak miałaby zakończyć się ta historia? Przecież happy end byłby… końcem świata. Wszystko inne zresztą także.

Płynąc ku złotemu

Postanowiłem poblogować przed świętami przez chwilę. Bo chodzę i myślę, nie robię nic innego. A z blogiem można wyjść. Wyjść z siebie. Choć wydaje się, że to ślepa uliczka.

W głośnikach pogrywa Mogwai, za oknem podeszczowe powietrze wciąż trwającego kwietnia. Wnikam ostatnio w rozpadanie. Nie wiem skąd, nie wiem gdzie. Czasem wnętrza pękają, choć na zewnątrz doskonale grają pozory. To banał, który każdy zna. Ale skąd, jak, gdzie i dlaczego? Łatwo przecież patrzeć na rozpadanie się ciał, ciastek, kostek cukru. Tylko dlaczego wnętrza, tak dobrze ochronione mięśniami, kośćmi i skórą, dlaczego one pękają, choć tak bardzo chcą się uratować?

Wciąż zapewne wyrażam się niejasno. Nie piszę kolejnej notki ze świata depresji. Nie piszę kolejnego wywodu o wewnętrznym kryzysie wartości. Jestem w gruncie rzeczy doskonale przekonany o tym, co do czego winno przynależeć, gdzie wszystko we wszystkim zmierza i dokąd powinno zmierzać. Ale zupełnie nie widzę, w tej chwili, wnętrza. Myśli. Refleksji. Rozmyślań. Świat jest światem ciał, ciał prostych. A moja perspektywa najbardziej jednoznaczna z jednoznacznych.

Bo powierzchowność to ratunek, w gruncie rzeczy. Kiedy wymieniamy poglądy dla własnego prestiżu, czynimy je godnym kruszcem. Wyceniamy to, co umownie nazywamy wnętrzem. Proste, logiczne, jak wspaniałym kostiumem jest słowo! Ale są dziś kostiumy o wiele wspanialsze.

Wychodząc na spacer wśród wilgotnych oparów, które przynoszą pierwsze ciepłe deszcze, zaczynam ostrożniej stawiać stopy, by przypadkiem nie minąć się z jakąś atrakcyjną we wdychaniu cząstką. Smutne, ale nawet tak obfita w zanieczyszczenie woda może być orzeźwieniem. Bo wnętrze jeszcze żyje, ale nie dojada, nie ma apetytu. nie chce zbytnio o cokolwiek. się starać.

Są takie osoby, nieliczne, bo nieliczne, ale są, ludzie, którzy niecierpliwią się w nieszczęściu i nudzą nieszczęściem, więc nie ma ono u nich większych perspektyw, choć przez jakiś czas upajali się nim, na oczach wszystkich i autentycznie – takowe zdanie wyniosłem ostatnio z jednej książki. Na ile mnie ono dotyczy? Nie wiem. Wydaje się, że jestem gdzieś na granicy upajania się na oczach wszystkich, ale upajania nieautentycznego. Prawdziwe nieszczęście się dzieje, dzieje i kropka. W tajemnicy przed światem całym.

Wykopałbym zatem w ostatnich słowach którąś z ruin, co to karmiłem nimi w zimowych miesiącach swoich czytelników. Chodziłem niegdyś, w dzieciństwie, bardzo często na ryby. Woda podkarpackich rzek była brudna, lecz one tam pływały – obleśne, skarłowaciałe, proste w schwytaniu. To były głównie maleńkie okonie, które musiałem brać do domu, gdyż połykały haczyk tak głęboko, że nie dało się go w humanitarny sposób wyjąć. Na ogół po prostu wyrywałem im wnętrzności.

Teraz myślę, że w świecie poławia się nas tak samo. Tak samo łapczywych, tak samo naiwnych, w jakiś paradoksalnie dziwny sposób chcących pływać w brudnej rzece. Na tamte małe okonie nie trzeba było nawet robaka, łapały się na błysk haczyka. My jesteśmy do nich bardzo podobni. Stojący nad nami wyrywają nam wnętrza. A one tylko prowadzą nas do błysku.

Blog jak skóra i krew

Kiedy właściwie tekst jest blogowy, a kiedy nie? Nie wiem. Dopiero teraz zaczynam wiedzieć, do czego służy mój blog i jak przedziwną mam z nim relację. Jest ona w zasadzie jedyną interesującą rzeczą, którą podobne zapiski mogą dostarczyć. Szanowny czytelnik w zasadzie niczego się nie dowie, niczym również go ta strona nie zachwyci. A jednak czasem coś tu ktoś czytuje. Właśnie. Są tacy ludzie, ludzie śledzący tego piszącego, co na dodatek z każdą notką  zupełnie niepodobny się staje do fizycznego autora. Jakby odbywały się dziwne narodziny. Ale… oczywiście, proszę nie odbierać tego za formę rozszczepienia osobowości! Po prostu, w trakcie pisania tej nieokreślonej notki, świadomość pisania tekstu blogowego nagle zaczęła mi wyglądać wyjątkowo… ciekawie.

Na jednym z uniwersyteckich spotkań poświęconych blogom słyszałem, że łatwo w tej formie ponieść się wolności, jaką daje internetowy notatnik, zacząć w rezultacie pleść nieziemskie głupoty.

Teraz widzę – istotą blogowości w moim wydaniu jest brak jakiegokolwiek celu przed pisaniem notki, w trakcie i po.

Przyznam się, że gdy zakładałem bloga wcale nie myślałem o tym, jak będzie wyglądał, czy też jakie to treści sobie naszkicuję. Tytuł Kicz jak barok był raczej wyrazem niemocy twórczej, rzuceniem pierwszej lepszej nazwy, nie żadnym tam konceptem, broń boże! Właściwie nawet nie myślałem o dłuższej kontynuacji tychże zapisków, miałem je porzucić po kilku miesiącach (jak wszystko).

Przypadkiem jednak zaczęło wyłazić spod mych palców jakieś niekontrolowane Ja, skrywane pośród rozmaitych fluidów, na dodatek ufarbowane pstrokatym wystrojem strony.

Tak właściwie można by zdefiniować grafomanię, a nawet grafomanię wyjątkowo obmierzłą.

Ta przedziwna praktyka jednak z czasem coraz bardziej wciąga, zwłaszcza, kiedy obcowanie z blogiem staje się second life’m, formą komitywy z sobowtórem. Niedawno oglądając perwersyjny film In my skin (reż. Marina De Van) rozkoszował mnie widok radośnie okaleczającej się bohaterki. Nie była ona żadną nieszczęśliwą, skrzywdzoną i poniżoną, a po prostu kobietą nieodczuwającą fizycznego bólu, ba, czerpiącą przyjemność z obsmarowywania się własną krwią, spijania jej, wymyślnego nacinania skóry. Nie, nie napiszę, że z nią się wtedy utożsamiłem, ale utożsamiłem się z jej radością. Oto bowiem pisząc każdy jeden wyraz w tym notatniku rzeźbię obraz własnej psychiki prezentowanej przed sobą i światem garstki czytających. To obraz fałszywy, ale też bez końca kaleczony. Niespójny, nieudolny, niedopowiedziany, pełen sprostowań, rezygnacji, przeprosin… Pełen zwrotów to w jedną, to w drugą stronę: autoafirmacji, samopotępienia, wyznania, wspomnienia, rezygnacji, wyzwania. Tak właśnie szuram po czymś, co więcej jest moim ciałem niż tekstem, a jednocześnie ciałem zupełnie nie moim, nieczułym, syntetycznym i odpornym na wszystko, również nieskończenie elastycznym. Dlatego właśnie lubię rozpasać ten Kicz jak barok.

Właściwie trudno mi powiedzieć, ile patologii mieści się w powracaniu do tego swoistego autoportretowania. Ale czy rzeczywiście miałbym z tym walczyć, skoro nikomu nie zabrania się dziś nieskończonego wymieniania zdjęć facebookowych? Być może wszystko tu wygląda trochę niemodnie, co z tego, w sumie. Ciach!