Letnie paplanie

Była kiedyś taka historia o straszącym nad rzeką nożowniku, który usmarowany węglem, odziany w czarne łachy biegał za kąpiącymi się latem dziećmi. Podobno spodnie z tyłu zaszył drutem, gdyż raczej ich nie ściągał i, dzięki temuż drutowi, załatwiał potrzeby fizjologiczne.

Lipiec żywi się opowieściami wybrzmiewającymi wśród bujnie rosnących chwastów. Panuje wówczas wśród ludzi dyspozycja słuchania. Świat staje się fantastyczny, śmieszny i młody. Nawet, kiedy w gazetach panuje kryzys, a za ścianami zachodu ponoć wyrastają nowe, podejrzane mocarstwa, trudno przerwać gadulską obsesję. Jakoś latem łatwiej odnaleźć się opowiadającym, zwłaszcza podczas naiwnych, wakacyjnych rytuałów. Pomnażani są jak ryby po deszczu, każdy odnajduje w sobie stare, najbardziej zakopane w duszy historyje.

Teraz nawet piszę, a prawie wyszło mi to z krwi. Zawsze co innego w dzień, co innego nocą.

Nocą lipcową należy coś napisać, choćby miało to być czytelne tylko w lipcu, tylko po północy. Utrwalenie  zmroków lata, które energetyzują życie, jest szlachetną próbą wprowadzenia powietrznych fluidów  w bezduszny świat liter. To radość bezwolna i niekontrolowana. Takie chowanie upału do słoika. I nieważne, czy będę tu zaraz kręcił anegdotę, czy może spróbuję ckliwie poetyzować. Obok ciepłego wieczoru po prostu nie wypada przejść obojętnie, jakkolwiek to brzmi.

Paplanie, tak.

Po naciśnięciu klawisza enter popatrzyłem na powstały uprzednio akapit. Pisząc go stałem się dzieckiem, które w wieku ośmiu lat zaczynało literacką praktykę rymami i jeśli w pobliżu jest łąka/to idź się w rzece wykąpać. Tak, sam śmieję się z siebie, lecz w przyjemny sposób. Okazuje się bowiem, że długo czekałem na moment, kiedy zacznę pisać z nudów. Nie z frustracji, nie z ambicji, nie z obowiązku, ale… z nudów.

Znowu o sobie? Nie.

Nuda, wydaje się, jest objawem naszego zdrowia psychicznego i osiągnięcia względnie trwałego spokoju. Człowiek chory się nie nudzi, nie jest w stanie. Nieustannie zajęty jest walką – wewnętrzną lub międzyludzką. Po najczarniejszym 25-tym roku życia nauczyłem się wycofywać w porę z presji działania. I teraz, przyznam, rozkoszuję się rezultatem.

Opowieść jest też alternatywą dla wymądrzania, jakie powyżej praktykuję.

Opowiadanie historii, które zajmuje mi tyle życia, nie musi mieć w sobie symptomów degeneracji, okaleczenia, czy zwyczajnej chęci zwrócenia uwagi. Jest przyjemnością opowiadacza, w ten sposób dopiero znajdującego spokój. Stworzono nas do ważniejszej użyteczności języka niż zwykła wymiana uwag i potrzeb. Pomnożyliśmy po stokroć kombinacje słów aby wytłumaczyć głównie to, skąd przyszliśmy i dokąd idziemy. Nic innego, w gruncie rzeczy, nie obchodzi nas w naszych spotkaniach.

Jeśli miałbym na koniec o czymś opowiedzieć (bo niechcący namnożyłem aforyzmów), przypomniał mi się człowiek, z którym kiedyś jechałem „stopem”. Szukając wspólnego tematu, zacząłem snuć zasłyszaną gdzie indziej, w innym samochodzie anegdotę o właścicielu firmy budowlanej, co to wygrał przetarg na budowę autostrady, po czym przez usterki logistyczne jego firma zbankrutowała, a on skończył z długiem na 4 miliony złotych. Okazało się wówczas, że jadę z tym właśnie osobnikiem. Oświadczył mi jeszcze, że właśnie się „odkuł”. Tak właśnie nieoczekiwanie stajemy się tym, o czym opowiadamy.

Alice

Riffy z Fugazi ciągną mnie na randkę
z Alicją w kajdanach. Przerobiłem jej
śmierdzącą skórę już miliony razy.
Teraz chce, bym postawił jej piwo,
ma ostatnie drobne i dawno nie jadła.

Daję jej rękę, daje oczy, kawałki
mięsa z siebie. Chciałaby jakiegoś
głupiego dowcipu, choćby słodkiego
potknięcia się Konrada o kamień.
Udaję, że udaję, ona się śmieje
bezzębnie. Lubi moje radosne
samoobijanie kolan.Ta słodka krew
z dzieciaka i jego brak marzeń.
Słodka, kurwa.

Widzisz, Alice, wszystko byłoby
dobrze, gdybyśmy przestali
widywać się w miejskich parkach.
Tak, wiem, przypominają Ci one
rodzinne Seattle. Lecz ja, niestety,
pochodzę z polskiej rodziny, która
chciałaby poznać swoją synową.
Chciałaby ślubu z wódką i z mięsem,
z tańcem, bójką między wujkami,
rzucaniem welonu.
Alice, po prostu musimy się razem
przeżegnać. Albo pożegnać.
Jak wolisz.

Ktoś opowiada o walce z depresją.
Ja… piszę wiersze o samotności. Rany,
Alice płacze,  rzygam tym płaczem.
Ktoś opowiada o walce z depresją, tym
też rzygam. Skąd się biorą ludzie, którzy
nie mają starych płyt kompaktowych i kaset.
Oni tylko o walce z depresją,
o leczeniu anonimowych alkoholików.
Opuścili Alice. I znów, kurwa, mam ją
przygarnąć?.

Mętna historia nie zwraca uwagi, ot,
syndromy rozpieszczenia jedynaków.
Opiekuję się Alice. Jakie, kurwa, szlachetne.
Mam przynajmniej ostatnie słowo. Słodkie.
Jej ostatnie słowo. Lifeless dead.
Wyrecytujcie każdą z tych głupot gdzieś,
tam, w młodości. Bardzo śmieszne.
Już nigdy nie będziecie młodzi.
Bardzo śmieszne. Młodość to coś więcej.
Dosyć, kurwa, dość.

 

Casanova

Gdy umiera moje słowo,
Jestem sam, Casanovo.
Piszę do rozmawiających z brakiem serca.
Jestem głosem mojego ojca,
Który też był sam,
Choć kibicowały mu piękne kobiety.
Jak mi.
Jestem pisarzem samych,
Nie kobiet, nie mężczyzn.

Nie dotykam łez, nie ocieram łez.
Znajduję pieniądze na ulicy, mam szczęście.
Mam szczęście samego.
Zabijam owady i nikt się nie burzy.
Oburzenie wzbudza zbrodnia kalekich ludzi.

Jestem sam, włączam muzykę nieszczęśliwych sławnych.
Moje ostatnie słowa będą nieznaczącym upadkiem.
Bo gdy umiera moje słowo,
Jestem sam, Casanovo.
Podajcie moje „sam” pocztą pantoflową.
Niech ktoś się chociaż zaśmieje.
Tak pisze sam, sam, sam.
I jeśli chcesz, bym posprzątał pokój, nie zrobię tego.
Jestem jego brudem, przyznaję się.
Płacę duże kaucje za swoje życie.
Nie umiem płakać, więc płacę.
Rodzina płacze, a ja jestem sam.
Rodzina mówi, że nie jestem sam.
Rodzina płaci.

Gdy umiera moje słowo,
Jestem sam, Casanovo.
Daj mi żyć, daj mi nieżyć.
Daj mi więcej deszczowych dni, kiedy popijam dym.
Bo piszę słowo,
Bo nie mogę się zabić,
Niech słowo umiera za mnie.
I napiszę jeszcze raz to,
Że jestem sam, Casanovo.
Bo to wszystko dla Ciebie,
Byś żył tak, jak na to przystaje świat.
Kiedy już pięknie się zaśmieje,
Kiedy napisze Twoją historię po raz setny.
Umrzesz jak moje słowo, Casanovo.
Z miłością chrześcijańską, wiarą i nadzieją.
Bo jesteś ostatnim ze snów, które stają się ciałem.
Bo jesteś słowem, Casanovo.

 

O romansie Życia ze Śmiercią

Dzisiejsze poczucie schyłkowości jest zaszczepiane ludziom w bardzo wulgarny sposób. Media codziennie informują nas o obecności barbarzyńców u bram. Jesteśmy straszonymi prosiętami, którym wydaje się, że czują nadchodzącą rzeź. W kwartalnikach politycznych trwają dyskusję o tym, jak odbudować starożytne cnoty Europy, jak przywrócić choć trochę naiwności rozbudzającej odwagę mieszkańców Starego Kontynentu. Bo choć przed laty pływali oni po morzach, podbijali kulę ziemską, dziś są już tylko melancholijnymi żarłokami, którym nuda i zgorzkniałość nie pozwalają  na oderwanie się od elektronicznych urządzeń. Tu jest nasze życie, tu, za ekranem. Potrafimy zdobywać królestwa, mordować, budować fantastyczne zamki. Ale tylko na niby.

Zapach katastrofy ma również współczesna, zbyt głośna samotność. Jest ona słyszalna niemal w każdym miejscu. Mówi głosem politycznych radykałów, medialnych krzykaczy, celebrytów, jazgotliwych zespołów muzycznych i wielu nieudanych książek. Przekracza resztki pozostałych norm, gdyż tak bardzo domaga się posłuchu. Jak wielu przecież opisuje nas dziś za pomocą figury nieszczęśliwej dziewczyny, która szlocha na miejskim krawężniku mając w sobie wiele rodzajów płynów i chemicznych wynalazków. Jeśli więc piszący w ten sposób mają rację, niebawem przyjdzie albo jakiś złudny pocieszyciel, albo po prostu gwałciciel/morderca. Przynajmniej tak nam mówią.

Katastrofa w świecie rozwija się powoli i po cichu. Ma początek w ludzkich duszach, które brną z uśmiechem ku śmierci. Ogrom codziennych relacji przechowuje tę piekielną dyspozycję, by stać się bezwzględnym. Trzeba tylko obudzić wilka w człowieku, jakby Bergman powiedział. Zainicjować upadek. Rozpocząć pęd do zniszczenia.

Żyjący w podobnie zasmuconych czasach Nietzsche uznał, że próbą ludzkich możliwości są zbrodnia i miłość. Jako ludzie chyba byśmy go rozczarowali. Jak nigdy wcześniej nie wierzymy obecnie w siłę, a do obu wymienionych rzeczy jest ona potrzebna. Naszą cnotą stała się słabość. Wszystko leczymy. Nasze zachcianki mogą być tylko próżne i puste, bo nic tak nas nie przeraża, jak patos. Boimy się przyznać do szlachetności, do poszukiwania wielkiego uczestnictwa w historii dziejów. Boimy… bo to po prostu śmieszne.

.I właśnie dziś wezwany powinien być romantyk. Nadeszła godzina, kiedy mógłby pokazać waleczność, upór i ofiarę. Przywrócić powagę naszym myślom, sens poświęceniu. Ale wyglądałby przecież jak obłąkane dziecko, więc z czym do ludzi.

Od dawna noszę się z napisaniem abstrakcyjnego opowiadania, w którym występują po prostu Życie i Śmierć. Są nieudaczną parą kochanków, co to ciągle się kłóci i rozwodzi. Ale coś ich nie może od siebie uwolnić, bo Życie patrzy na Śmierć z wielkim zaintrygowaniem, a Śmierć uzależniona jest od urody Życia. Tylko jak miałaby zakończyć się ta historia? Przecież happy end byłby… końcem świata. Wszystko inne zresztą także.

Płynąc ku złotemu

Postanowiłem poblogować przed świętami przez chwilę. Bo chodzę i myślę, nie robię nic innego. A z blogiem można wyjść. Wyjść z siebie. Choć wydaje się, że to ślepa uliczka.

W głośnikach pogrywa Mogwai, za oknem podeszczowe powietrze wciąż trwającego kwietnia. Wnikam ostatnio w rozpadanie. Nie wiem skąd, nie wiem gdzie. Czasem wnętrza pękają, choć na zewnątrz doskonale grają pozory. To banał, który każdy zna. Ale skąd, jak, gdzie i dlaczego? Łatwo przecież patrzeć na rozpadanie się ciał, ciastek, kostek cukru. Tylko dlaczego wnętrza, tak dobrze ochronione mięśniami, kośćmi i skórą, dlaczego one pękają, choć tak bardzo chcą się uratować?

Wciąż zapewne wyrażam się niejasno. Nie piszę kolejnej notki ze świata depresji. Nie piszę kolejnego wywodu o wewnętrznym kryzysie wartości. Jestem w gruncie rzeczy doskonale przekonany o tym, co do czego winno przynależeć, gdzie wszystko we wszystkim zmierza i dokąd powinno zmierzać. Ale zupełnie nie widzę, w tej chwili, wnętrza. Myśli. Refleksji. Rozmyślań. Świat jest światem ciał, ciał prostych. A moja perspektywa najbardziej jednoznaczna z jednoznacznych.

Bo powierzchowność to ratunek, w gruncie rzeczy. Kiedy wymieniamy poglądy dla własnego prestiżu, czynimy je godnym kruszcem. Wyceniamy to, co umownie nazywamy wnętrzem. Proste, logiczne, jak wspaniałym kostiumem jest słowo! Ale są dziś kostiumy o wiele wspanialsze.

Wychodząc na spacer wśród wilgotnych oparów, które przynoszą pierwsze ciepłe deszcze, zaczynam ostrożniej stawiać stopy, by przypadkiem nie minąć się z jakąś atrakcyjną we wdychaniu cząstką. Smutne, ale nawet tak obfita w zanieczyszczenie woda może być orzeźwieniem. Bo wnętrze jeszcze żyje, ale nie dojada, nie ma apetytu. nie chce zbytnio o cokolwiek. się starać.

Są takie osoby, nieliczne, bo nieliczne, ale są, ludzie, którzy niecierpliwią się w nieszczęściu i nudzą nieszczęściem, więc nie ma ono u nich większych perspektyw, choć przez jakiś czas upajali się nim, na oczach wszystkich i autentycznie – takowe zdanie wyniosłem ostatnio z jednej książki. Na ile mnie ono dotyczy? Nie wiem. Wydaje się, że jestem gdzieś na granicy upajania się na oczach wszystkich, ale upajania nieautentycznego. Prawdziwe nieszczęście się dzieje, dzieje i kropka. W tajemnicy przed światem całym.

Wykopałbym zatem w ostatnich słowach którąś z ruin, co to karmiłem nimi w zimowych miesiącach swoich czytelników. Chodziłem niegdyś, w dzieciństwie, bardzo często na ryby. Woda podkarpackich rzek była brudna, lecz one tam pływały – obleśne, skarłowaciałe, proste w schwytaniu. To były głównie maleńkie okonie, które musiałem brać do domu, gdyż połykały haczyk tak głęboko, że nie dało się go w humanitarny sposób wyjąć. Na ogół po prostu wyrywałem im wnętrzności.

Teraz myślę, że w świecie poławia się nas tak samo. Tak samo łapczywych, tak samo naiwnych, w jakiś paradoksalnie dziwny sposób chcących pływać w brudnej rzece. Na tamte małe okonie nie trzeba było nawet robaka, łapały się na błysk haczyka. My jesteśmy do nich bardzo podobni. Stojący nad nami wyrywają nam wnętrza. A one tylko prowadzą nas do błysku.

Blog jak skóra i krew

Kiedy właściwie tekst jest blogowy, a kiedy nie? Nie wiem. Dopiero teraz zaczynam wiedzieć, do czego służy mój blog i jak przedziwną mam z nim relację. Jest ona w zasadzie jedyną interesującą rzeczą, którą podobne zapiski mogą dostarczyć. Szanowny czytelnik w zasadzie niczego się nie dowie, niczym również go ta strona nie zachwyci. A jednak czasem coś tu ktoś czytuje. Właśnie. Są tacy ludzie, ludzie śledzący tego piszącego, co na dodatek z każdą notką  zupełnie niepodobny się staje do fizycznego autora. Jakby odbywały się dziwne narodziny. Ale… oczywiście, proszę nie odbierać tego za formę rozszczepienia osobowości! Po prostu, w trakcie pisania tej nieokreślonej notki, świadomość pisania tekstu blogowego nagle zaczęła mi wyglądać wyjątkowo… ciekawie.

Na jednym z uniwersyteckich spotkań poświęconych blogom słyszałem, że łatwo w tej formie ponieść się wolności, jaką daje internetowy notatnik, zacząć w rezultacie pleść nieziemskie głupoty.

Teraz widzę – istotą blogowości w moim wydaniu jest brak jakiegokolwiek celu przed pisaniem notki, w trakcie i po.

Przyznam się, że gdy zakładałem bloga wcale nie myślałem o tym, jak będzie wyglądał, czy też jakie to treści sobie naszkicuję. Tytuł Kicz jak barok był raczej wyrazem niemocy twórczej, rzuceniem pierwszej lepszej nazwy, nie żadnym tam konceptem, broń boże! Właściwie nawet nie myślałem o dłuższej kontynuacji tychże zapisków, miałem je porzucić po kilku miesiącach (jak wszystko).

Przypadkiem jednak zaczęło wyłazić spod mych palców jakieś niekontrolowane Ja, skrywane pośród rozmaitych fluidów, na dodatek ufarbowane pstrokatym wystrojem strony.

Tak właściwie można by zdefiniować grafomanię, a nawet grafomanię wyjątkowo obmierzłą.

Ta przedziwna praktyka jednak z czasem coraz bardziej wciąga, zwłaszcza, kiedy obcowanie z blogiem staje się second life’m, formą komitywy z sobowtórem. Niedawno oglądając perwersyjny film In my skin (reż. Marina De Van) rozkoszował mnie widok radośnie okaleczającej się bohaterki. Nie była ona żadną nieszczęśliwą, skrzywdzoną i poniżoną, a po prostu kobietą nieodczuwającą fizycznego bólu, ba, czerpiącą przyjemność z obsmarowywania się własną krwią, spijania jej, wymyślnego nacinania skóry. Nie, nie napiszę, że z nią się wtedy utożsamiłem, ale utożsamiłem się z jej radością. Oto bowiem pisząc każdy jeden wyraz w tym notatniku rzeźbię obraz własnej psychiki prezentowanej przed sobą i światem garstki czytających. To obraz fałszywy, ale też bez końca kaleczony. Niespójny, nieudolny, niedopowiedziany, pełen sprostowań, rezygnacji, przeprosin… Pełen zwrotów to w jedną, to w drugą stronę: autoafirmacji, samopotępienia, wyznania, wspomnienia, rezygnacji, wyzwania. Tak właśnie szuram po czymś, co więcej jest moim ciałem niż tekstem, a jednocześnie ciałem zupełnie nie moim, nieczułym, syntetycznym i odpornym na wszystko, również nieskończenie elastycznym. Dlatego właśnie lubię rozpasać ten Kicz jak barok.

Właściwie trudno mi powiedzieć, ile patologii mieści się w powracaniu do tego swoistego autoportretowania. Ale czy rzeczywiście miałbym z tym walczyć, skoro nikomu nie zabrania się dziś nieskończonego wymieniania zdjęć facebookowych? Być może wszystko tu wygląda trochę niemodnie, co z tego, w sumie. Ciach!

Ostatni raz z Dostojewskim

Cieszę się, że jakiś czas temu wyleczyłem się z czytania Dostojewskiego. Jeszcze bardziej się cieszę, że wypróżniłem zupełnie z niego mózg. Wiem dziś doskonale – wszystkie rosyjskie mesjanizmy, ich tępe manie wielkości, rzekomo słowiańskie histerie i post-gnostyczne urojenia są mi już całkowicie obce. Nigdy więcej  nie będę przymierzał kostiumu któregokolwiek z Braci Karamazow, a tym bardziej przeceniał jego roli w kształtowaniu ludzkiej myśli (a co dopiero mojego myślenia). Kilkuletnia demonizacja rzeczywistości, jaką sobie zadawałem w związku z tą i innymi rosyjskimi lekturami, była zwyczajnie egzaltowaną bzdurą, których pełno wśród dzisiejszych odbiorców kultury pozbawionych zdrowego stosunku do Kanonu. A jednak…

Chyba dopiero teraz wiem, dlaczego historia literatury światowej najbardziej doceniła Zbrodnię i karę. Nie, nie chodzi tu o zacny opis morderstwa, o wyprzedzające wywody Nietzschego brednie Raskolnikowa. Nie chodzi o bogatą (rzekomo) psychologię postaci, ani żaden z cytatów typu człowiekiem jestem tylko dlatego, że kłamię.
Zbrodnia i kara opowiada o przywróceniu człowieka światu. Człowieka, który chciał i zderzył się ze śmiercią. O naiwności prostych prawd, które poskromiły zażarcie spekulujący umysł, tak zdawałoby się odważny, a tak kruchy. No właśnie, jedyna właściwie wartościowa postać z  całego galimatiasu to Sonia. Ona jest najbardziej obca wobec wszystkich innych osób stworzonych przez Fiodora. Jej właśnie potrzebują intelektualnie drzemiący czytelnicy Pięcioksięgu, który jest największym bagnem zakłamania, jakie porodziła (a raczej poroniła) kultura Europejska.

Będąc nareszcie uwolnionym od miotających się w alkoholowym upojeniu histeryków, zapuszczonych w naiwnej herezji myślicieli czy halucynujących i kapryśnych kurewek mogę śmiało stwierdzić, że Dostojewski wart jest tylko o tyle, o ile poznać się chce dziewiętnastowieczne konwencje literackie. Jest w nim ich cały wór, zatem po takiej lekturze czytelnik stać się może nieźle przemądrzałym, ech, droga wolna! Ba, ile lubieżnych cytatów zostaje w głowie, jak bardzo bezwartościowych, lecz też godnie postrzeganych w jakimkolwiek towarzystwie…

Ale pamiętać należy tylko o  tym jednym geście, o przywróceniu światu. To bardzo ważne.

Spirale milczenia

Przed laty mój kumpel śpiewał:

Tyle jest jest słów, które łamią pokój
I budują między nami kolejny mur
(…)
Czy znasz to słowo, które stało się ciałem?
To, które wskazuje nam na rozstaju dróg?
(…)
Słowo-kamień.
Słowo-kamień.

Zapamiętałem strzępki z jego tekstu. Był on repertuarem zespołu Spirala milczenia, co to nazwę zawdzięczał słynnej teorii o zatajaniu poglądów jednostki wobec opinii publicznej. Gest ten z kolei miał być symptomem obserwacji przekazów medialnych, w których w danym momencie dominuje poparcie dla polityki jednej partii. Teoria o spirali milczenia tłumaczy znaną nam dziś doskonale sytuację wysokiej rozbieżności sondaży wobec rzeczywistych wyników wyborów.

Ale spirale milczenia figurują również w bardziej prozaicznych sytuacjach. Ludzkie wnętrze skazane jest na nieustanny introwertyzm w spotkaniach codzienności, gdzie trudno tak naprawdę kiedykolwiek wypowiedzieć bilans własnych odczuć czy przeczuć. Podstawowym wymogiem do wykonania kilku uścisków ręki staje się fingowanie równowagi emocjonalnej, która to maskuje wszelkie problematyczne kwestie mogące nas skłócić ze światem. Kogo przecież w obrębie miejskiego rynku interesują czyjeś nastroje, humory, przeżycia i boleści, skoro wszyscy są tam nie z własnej woli, a zatem chcą to po prostu najłagodniej, bezkonfliktowo przeżyć. Zdominowana przez ostro podkręcaną chęć przetrwania rzeczywistość w zasadzie deformuje całość człowieczego żywota, który z upływem lat nabiera cech głuchoty, pustoty, rozstroju.

Z drugiej strony jednak trudno sobie wyobrazić świat pełen uczuciowej wylewności, emocjonalnej rozpusty. Pomyśleć tylko, że nasz dzień składa się z wysłuchania dziesięciu tysięcy płaczów i piętnastu wyznań miłości – co za koszmar! I jeszcze ta świadomość wśród np. pracowników jednej firmy, ta świadomość, że jeden drugiego nie lubi. Jakim sposobem mieliby sobie podawać deski?

Piszę nad ranem tę dziwaczną notkę i zastanawiam się: po co? Obserwacja należy raczej do tych rzeczywistych, a stylem też wiele nie wskóram. Być może chciałbym coś powiedzieć, co uczyniłoby mnie faktycznie milczącym. Paradoks, prawda?

Faktycznie milczącym może być ktoś, kto właśnie jest oczywisty. Jak wielu ludzi przyznałoby się dziś, że należą do oczywistej masy? Żerujący na ludzkiej chęci „bycia zauważonym” Facebook przekreśla właściwie wśród jego użytkowników możliwość wycofania. Indywidualność facebookowa budowana jest przez zdjęcia, udostępniane linki, notki, nazwy profili. Mnoży się w niej klasyfikacje wyszczególniające właściwość każdej kolejnej osoby, miejsca czy elementu. Budowanie indywidualności w podobnie panoptykalnym stanie rzeczy musi wyjściowo założyć całkowite wyrzeczenie z wyjątkowości. Nietrudno zauważyć, że fenomenem stron takich jak Smutne Miasto Kraków jest właśnie ta oczywistość skojarzeń, powtarzanie schematu i oryginalność uzyskana przez wyjściową wtórność.

Do czego to wszystko zmierza? Czy naszym podstawowym celem ma być chowanie się pod kocem i ukrywanie się, oglądanie tysięcy seriali, podglądanie resztek życia, uczuć i wyobraźni? Stłoczeni w call center, piszący książki czytane przez garstkę ludzi w miesiąc po premierze, wypowiadający się na niezauważanych blogach. Piszący bełkotliwe wiersze, anonimowi jak ogólnie wypada, nieobecni. Łagodzący ból o każdej porze dnia i nocy w otwartym 24h sklepie monopolowym. Tego właśnie chcemy?

Czy znasz to słowo, które stało się ciałem?
To, które wskazuje nam na rozstaju dróg?
(…)
Słowo-kamień.
Słowo-kamień.

Powrót

Kilka ostatnich miesięcy, a raczej kilka ich ostatnich, blogowych interpretacji mogło wzbudzić nieciekawe emocje wśród ludzi czytających mego bloga albo tych, którzy z jakichś powodów interesują się moim życiem. Wyczerpywałem do cna śmiertelnie nudną, pesymistyczną refleksję, na dodatek jeszcze z mrocznym, narcystycznym zapałem, co już szczególnie mogło niektórych irytować. Przepraszam. Przepraszam zaznaczając jednak, że wszystko to spowodowane było niebagatelnymi problemami z zewnątrz.  Zwyczajnie musiały się one odbić na mojej psychice i, niestety, miało to ujście w tym oto kolorowym kajecie. Przepraszam.

Niemniej jednak wciąż jestem człowiekiem raczej pogodnym, choć z całą gamą nastrojowych zmienności oraz różnorako przejawiającą się wrażliwością. Wciąż również wleką się za mną zwalczane przez całe życie wady, jakimi są egoizm, egocentryzm, kapryśność, infantylizm, skłonność do narcyzmu, taniej egzaltacji… Dużo by wyliczać. Być może nie potrafię chwilami nad sobą zapanować, ale bardzo się staram.

Do tak wylewnego rachunku sumienia skłoniło mnie po prostu poszukiwanie w sobie człowieka. Człowieka żyjącego z ludźmi. Niedawne jeszcze uwielbienie do negacji, do separacji, do uczestniczenia w życiu z pozycji wyrzutka okazało się niczym innym, jak tylko fałszywym sposobem na podsycanie swojego ego, na nieprzytomne zanurzanie się w nim, a w efekcie – na ostateczne zniewolenie. Zapomniałem zupełnie ile satysfakcji daje okazanie zrozumienia drugiej osobie, radość z jej powodzenia, z bycia jej przydatnym. W swoim egocentrycznym zapomnieniu pogrążyłem się tak, że o mało co nie zauważyłem nawet śmierci swojego ojca.

Dużo rozmyślam teraz o jego życiu i widzę, że popełniam wiele jego błędów. Tak samo zatracam się w chęci dominacji, tak samo bagatelizuję problemy najbliższych, tak samo wyolbrzymiam te własne, lecząc je na dodatek w paranoiczny sposób. Podobnie dręczy mnie bezsenność, a umysł, ciągle skoncentrowany, nie daje spokoju ani odrobiny możliwości wytchnienia, rozrywki. To stąd pewnie Ojciec potrzebował tyle alkoholu – inaczej nie dawało się go wyłączyć z trybu zajęć, którym był tak mocno oddany.

Tę zupełną nieumiejętność bierności, odziedziczoną w genach, próbuję jakoś oddać, by przydała się światu. Nie będąc zdolnym do uznania życia jako walki o byt, o pracę, o spokój domowy, próbuję wywalczyć na rozmaitych gruntach autonomię dla siebie, ale też siebie chcę ludziom dać w takiej postaci, jaką uważam za najistotniejszą. I teraz, spoglądając na grób najbliższego mi członka rodziny, muszę starać się bardziej, by kiedyś z radością przywitał mnie w zaświatach.

 

Imieniny Odyseusza

Czy wiedzieliście, że pierwszy dzień w roku jest imieninami największego banity wszechczasów? Tak, kalendarz sugeruje nam początek nowego okresu, nowy upadek Troi właśnie wtedy, pierwszego stycznia, kiedy zmienia się cyferka w rocznej dacie. Kolejne dni mają być zatem naszą wznowioną wędrówką, tułaczką po dziwacznościach życia, a może i nawet… zejściem do podziemi. Dla wielu zapewne piękną metaforą pożegnania starego roku jest właśnie ów upadek Troi.

Swoje pokrewieństwo ze wszelkimi wyrzutkami zrozumiałem już dawno, odczułem szczególnie wczoraj. Kiedy miliony populacji ruszyły na podbój sylwestrowej nocy, ja siedziałem z butelką wina przed komputerem pisząc tekst o Wielkich artystach ucieczek, gdzie co rusz trafiałem na inny wymiar buntu, odrzucenia, kontestacji. To znamienne, że rok w rok coraz mniej widuję się z ludźmi. Coraz mniej, a coraz więcej ich znam. Jednakże nie sposób wytrzymać z moją wiecznie nadąsaną twarzą, kapryśnością, zarozumialstwem, ponuractwem i nihilizmem. Do tego dochodzi jeszcze brak poszanowania dla jakichkolwiek napotkanych w towarzystwie więzi i… alienacja gotowa. Mam rozmówcę, na jakiego zasłużyłem – czyli swojego bloga.

Ale wciąż, jak widać, czuję odrobinę wartości w typie egzystencji, który mnie wybrał. Nie będąc uzależnionym od opinii społecznej choćby w najmniejszym, koleżeńskim wymiarze, mogę wyczyniać słowne głupoty ile mi się podoba. Mogę pogrążać się w nastrojach nie mających nic wspólnego z jałowymi rozmówkami w knajpach, gdzie jedyne, co docelowe, to uśmiech na twarzach współrozmówców. Widzę siebie wyjętego z fizycznego kontaktu ze światem, lecz jednocześnie najbardziej rozumiejącego jego istotę.

Zakończę, witając was w nowym roku fragmentem z Odysei:

Twego chcę dobra, czystą czuję się w sumieniu
I litości mam wiele w sercu niezależnym«.
Rzekłszy to nimfa krokiem pośpieszyła bieżnym
Przodek biorąc; a Odys szedł w tropy bogini,
I nimfa wraz z kochankiem stanęła w jaskini.
Każe siąść Odysowi w tym samym prestole,
Gdzie Hermes siedział; przed nim co żywo na stole
Stawi jadło, napitek, zwykłą ludzką strawę,
A sama wprost Odysa zajęła też ławę;
Więc służebne ambrozję i nektar podały
I wzięli się palcami spożyć te kordiały;
A gdy się już najedli, napili do syta,
Boginka głos zabrała i tak go zapyta:
»Zacny mój Laertydo, przemądry Odysie,
Zatem chcesz jak najprędzej z wyspy wymknąć mi się
I wrócić do ojczyzny? Szczęśliwej ci drogi!
Lecz żebyś mógł przewidzieć, jakie los złowrogi
Przeznacza ci opały, nim staniesz u celu,
Zostałbyś w tej pieczarze ze mną, przyjacielu,
I nieśmiertelność przyjął, jakkolwiek stęskniony
I niecierpliwy pragniesz powrócić do żony,
Od której pośledniejszą nie jestem ja przecie
Ni wzrostem, ni urodą. Czyż marnej kobiecie
Rzecz podobna mnie, bóstwu, chcieć urodą sprostać?»
Na to on nie chcąc dłużnym odpowiedzi zostać:
»Uśmierz gniew – rzekł – o nimfo! Jaż bym to nie wiedział,
Że między Penelopą a tobą jest przedział?
Że się równać nie może z twym wzrostem, urodą?
Prosta to śmiertelniczka, a tyś wiecznie młodą!
Mimo to tęsknię do niej; tęsknię coraz więcej,
Aby się dnia powrotu doczekać najpręcej;
Choćby mię bóg znów jaki pogrążył w bałwany,
Zniosę mężnie, w cierpieniach jam wypróbowany.
Tylem już przebył, takie przechodził katusze
Na wojnie i na morzu, że i to znieść muszę!»
Rzekł to – wtem zaszło słońce i nastał mrok szary…
Oboje pod sklepienia weszli tej pieczary
Rozkoszując miłością spali obok siebie.
A gdy różana Eos błysnęła na niebie,
Odys w chlajnę i chiton odział się, a ona
Także wstała, w fałdzistą szatę obleczona
Z lśniącej tkanki; więc biodra ująwszy w pas złoty,
Pod namiotką ukryła włosów bujne sploty -
I myśli, jak Odysa wyprawić na morze.