Słowo polskie, a jakby obce!

Trudno nie docenić prezentu, który Soren Gauger sprawił polskiej kulturze. Dał jej nie tylko wyborny utwór literacki, ale też mentalny odlot w rejony dotychczas dla niej niedostępne. Polska jest bowiem kulturą małych i krzykliwych ludzi, a to takim najbardziej wypada pokazać, jak subtelna i bogata w szczegóły może być codzienność, niby szara, lecz jedynie z pozoru. Mali i krzykliwi ludzie nie potrafią przecież stopniować tonu swoich wypowiedzi, wrzeszczą lub płaczą; nie potrafią spacerować, biegną jedynie, dlatego właśnie stają się mniejsi, mniejsi i mniejsi. Męczą się, inaczej niż Soren.

null

Miałem przyjemność zobaczyć tę osobę na żywo. Podczas styczniowej Serii Czytań Gauger zaprezentował się jak przybysz z innej epoki. Swoją wdzięczną manierą w niezwykły sposób skupiał uwagę. Ta pogodna, lecz i delikatna twarz, osadzona na kruchej posturze, budziła skojarzenia trochę z Beckettem, a trochę z kimś nie z życia, po prostu z literatury. Autor Nie to/Nie tamto jest osobistością o niewiarygodnie nieprzystającym do współczesnych standardów charakterze, wyglądzie i sposobie bycia, a jednak potrafiącym zahipnotyzować spokojną manierą, wypowiedzią złożoną z lekkiej ironii i znaczeniowych półtonów. Gdy mówi lub czyta nie trzeba nikogo uciszać, uspokajać. Oto alternatywa dla świata pełnego rozwydrzonych dzieci, które nigdy tak naprawdę nie wychodzą ze szkoły. Bez infantylizmu, bez manifestu, za to z wielkim smakiem i pokorą. To lubię.

Nie to/Nie tamto dzieje się dokładnie tyle, ile zdarzyć się może w życiu przeciętnego mieszczanina. Są spacery z żoną i pijackie rozboje mniej rozgarniętych kolegów. Są rozmowy o życiu bez cienia powagi, a także te, gdzie usilnie właśnie powagi się poszukuje, choć nie sposób jej znaleźć. Wreszcie, sporo jest pointy, ale nie tej z internetu, tej wulgarnej, „suchej”, lecz wyważonej i uruchamiającej myślenie. Ta literatura nosi płaszcz bardzo gustownej anegdoty, o jaką dziś, o dziwo, bardzo trudno.

Pisząc o Gaugerze łatwo popaść w pułapkę poszukiwania w nim twórczości modernistycznej, za którą wielu dziś tęskni. Wielu jednak tęskni za nią, gdyż wydaje im się, że jest ona ostatnim tchnieniem tzw. wielkiej literatury, wielkiej literatury świata wielkich ludzi. Tylko że Kanadyjczyk mieszkający w Polsce w ogóle nie wydaje się mieć ambicji wskrzeszenia wielkiej literatury. W mieszczańskim sznycie swojego dzieła poszukuje świata małego, cicho przemawiającego do człowieka, o czym zresztą świadczy sam tytuł. Gauger przemawia do tych elementów ludzkiej psychiki, które kłębią się w niezdecydowaniu, niewyrazistości, niepewności. Jest przeciwwagą dla zasadniczo topornego, homogenicznego świata reklam, statystyk i prasowych nagłówków. Nie to/Nie tamto odrzuca istotę logo, te opowiadania nie przyciągają na siłę, ani też nie powodują nachalnych wstrząsów. Służą do zamyślenia, zatrzymania, wyciszenia i osiągają w tym sukces.

Czasy współczesne przekazały nam gorzką prawdę, że tzw. wielka literatura, czy wielka narracja to puste terminy, zdradzające jedynie wielką pomyłkę ludzkości, jaką była kultura oparta na megalomanii i afirmacji próżnych cnót: rzekomej wirtuozerii człowieka w świecie natury i zachłyśnięcia się potęgą własnego rozumu. Dlatego pisanie na miarę XXI wieku musi sprostać pokornemu przyznaniu się do błędu i dojściu do wniosku, że ludzkość to w zasadzie nic szczególnego, lecz momentami, w swoich małych gestach potrafi być bardzo interesująca. Soren Gauger sprostał wyzwaniu, napisał książkę mieszczańską, lecz bez mieszczańskiego przekłamania. Napisał książkę doskonałą, lecz nieefektowną. Dlatego warto nazwać go artystą niewielkim, lecz wybitnym.

 

Rozmowa z panią spod różowego serduszka

Wszedłem tam kompletnie pijany. Od kilku dni robiłem wszystko, by rozbić w sobie jakiekolwiek życiowe prostokąty, piłem i uciekałem w jedno wielkie „nie” dla ogółu. Wnikałem w pustkę, to takie ludzkie i takie marne. Ale cóż… Była jakoś piąta rano, znalazłem na Długiej różowy szyld z napisem Masaże Egzotyczne 24h. Powlokłem się po schodach w ten mroczny róż. Nacisnąłem dzwonek. Drzwi otworzyła mi blondynka w średnim wieku, odziana w seksowną bieliznę w uroczo złym guście. Zapytałem:

– Czy tutaj można spędzić kawałek nocy? (nie chciałem wyjść na pruderyjnego, ale też nie ośmieliłem się na banał typu „można się zabawić?”).

– Tak, ale jestem tylko ja – odpowiedziała ospałym głosem.

– No, dobra. Ile?

– 200.

– Ok.

Zaprosiła do środka. Przechodząc za jej niezdarnie kręcącymi się pośladkami dotarłem do sali z łóżkiem. Dominował w niej oczywiście róż, naprzeciw łóżka były wielkie lustra, a obok mała szafeczka. Tonem lekarki powiedziała:

– Proszę się położyć.

Spełniłem polecenie i rozłożyłem swoje zmęczone alkoholem ciało na pseudosatynowej pościeli o brutalnie czerwonym odcieniu. Wyszła na moment, a ja zastanawiałem się nad tym, czy rozmawiać, czy też nie. Stwierdziłem, że skoro i tak już się wkopałem, to rozmowa tu będzie najciekawsza (bo urodą to moja pierwsza kurtyzana nie grzeszyła od ładnych paru lat). Zagaiłem zatem:

– Jak mija noc?

– A, spokojnie, a nawet lepiej, skoro taki przystojniak mi się trafił.

Usiadła koło mnie i kazała się rozluźnić. Moje rozluźnienie miało kilka niezłych promili, więc nie sprawiało problemu. W mózgu jednak kotłowała się literacka adrenalina.

– Ty jesteś kompletnie pijany. Nie wiem, czy coś z ciebie dzisiaj będzie.

– Eee… nigdy nie byłem z prostytutką. Przyszedłem z ciekawości – wybełkotałem, a ona popatrzyła na mnie matczynymi oczami.

– Wiesz, ogólnie szału nie ma. To nie tak, jakbyś to robił z ukochaną dziewczyną.

– Nie mam ukochanej dziewczyny.

– Taki fajny chłopak nie ma dziewczyny? Może źle szukasz…

– Nie szukam. Za to mnie znajdują same schizofreniczki.

Po tym moim żaleniu zrobiła słodkie „ooo”, a jej chrypka dźwięczała jak u poczciwej baby z Kleparza. Jej wiek, a przede wszystkim potulne ciepło, jakie okazywała, kruszyły we mnie wszelką namiastkę seksualnej żądzy. Zamiast tego zacząłem się zwierzać i tulić do jej piersi, które nawet chyba kiedyś karmiły niemowlę.

– Przychodzą do mnie często tacy chłopcy jak ty. Myślę, że możesz wiele dać kobiecie, tylko gdy jesteś trzeźwy.

– Ostatnio rzadko bywam.

– To najwyższy czas to zmienić. Wiesz, właściwie jak chcesz, tutaj też możesz piwko wypić, papierosa zapalić.

Wyjąłem zmiętą paczkę, poczęstowałem ją i paliliśmy. Przez chwilę milczeliśmy. Palenie z podstarzałą prostytutką w Krakowie nad ranem – dlatego rodzice inwestowali w moją edukację. Było jednak w tym powolnie wlekącym się poranku coś niezwykłego. Czułem się bardzo „po godzinach”, odseparowany od męczących rozmów w świecie moralnych zobowiązań. Tu ich nie było, nareszcie brak nudnych konfrontacji! Tylko najzupełniej szczera wymiana zdań, najzupełniej niezobowiązująca rozmowa. Czułem satysfakcję z wydanych pieniędzy (o to chyba chodzi dziś w życiu, nie?).

– A dlaczego tyle pijesz, mój drogi, co? – cudownie wydłużyła to ostatnie „co?”, tak potrafią tylko prostytutki.

– Nie wiem, zaczęło się od śmierci ojca, a potem już poszło.

– Niedobrze. A co ty w tym życiu robisz, słonko?

Te kolejne słodkości były jak jej bielizna – w złym guście, a jednak urocze. Tuliłem się coraz bardziej. Powiedziałem, że piszę tu i tam, ale z tego wyżyć się nie da, więc kształcę się na programistę.

– A widzisz, od razu pomyślałam, żeś literat. Masz takie smutne oczy. Smutne, ale mądre.

– Zabawne, o tych oczach już słyszałem.

– Bo oczy są ważne. W nich widzimy czyjąś teraźniejszość.

Znowu ta kokieteria. Jak mogłem tak jej ulegać! Wrzucała perwersyjne banały w zdania, przez które wydawała mi się coraz piękniejsza. Nie myślałem już o jej wieku, była matką, żoną i kochanką w jednym, jak… jak… nie! Pomyślałem wtedy chyba o… Isztar!

– Nad każdym z was trzeba umieć popracować. Jesteście uroczymi chłopczykami, takimi naszymi synkami. Uwielbiam to w was, panowie – w tym momencie na twarzy wymalowała iście szatański uśmiech.

– Jesteś niezwykłą kobietą. Unikam w swoim życiu frazesów, sile się na wyszukane komplementy, ale teraz mówię coś o zupełnie większej wartości…

– Bo słowa nie są ważne, nieważne jak wyglądają, liczy się to, jak brzmią w czyichś ustach.

Zamarłem. Co było dalej, nie powiem.

Podsumowanie błądzenia

Ludzki organizm głupieje, gdy przestają w nim działać podstawowe złącza. Jest bardzo wrażliwy jeśli chodzi o szczegóły. Nie wspominając o jego biologicznych właściwościach, tak dobrze w dzisiejszych czasach nazwanych, wydaje się niezwykle delikatną strukturą, co to bardzo potrafi zaszkodzić swojemu właścicielowi. Bo, by rozwinąć samoświadomość, musi sam z siebie wyjść. Nie inaczej. Stąd wiele „odwiecznych problemów”.

W ten sposób zacząłbym podsumowanie swojego ostatniego roku – jako roku zamknięcia. Uwięzienia. Błądzenia w labiryncie. Rozpoczynając ten przedziwny galimatias rodzinną tragedią, zostałem zamknięty w sobie samym na kilka spustów. To dziwaczne uczucie,  przebywając tylko i wyłącznie z samym sobą ma się wrażenie bycia zżeranym przez jakiś toksyczny kwas. Gdzieś z daleka docierają odgłosy życzliwych osób, lecz wydają się czymś nadzwyczaj uciążliwym. Martwym. Bo jesteś zamknięty. Nie możesz przyjąć pomocy.

Zwierzenia jak powyższe nie wydają się zbytnio na miejscu. Mają w sobie sporo obłąkania,  także niesmacznej egzaltacji. Należy jednak gdzieś powiedzieć o tym pustym miejscu. O byciu od-socjalizowanym. Chyba takie słowo trzeba tu skonstruować. Stopniowe wygłuszanie jednostki, która sama dla siebie jest zbyt hałaśliwa. Nie słyszy nikogo innego. Woła do napotkanych osób zza krat własnych oczu, lecz bardzo cicho. Niewidzialnie. Odsocjalizowana osoba, co głośno milczy.

Wszystko zaczyna się od utraty marzeń. Nawet ich najniższe motywacje zawierają w sobie coś, co pozwala dogadać się z resztą. W zdobyciu celu niemalże zawsze potrzebny jest, bardziej lub mniej, drugi człowiek. Albo wzorzec. Na pewno rzecz z ludzkiego świata.

W pewnym momencie jednak marzenia milkną. Milknie mózgowa komora marząca. Nastaje niezręczny moment, gdy nikt nie wie co powiedzieć. Przebywanie ze sobą staje się koszmarem rozmowy bez tematu. Marzenia socjalizują. Pozwalają znaleźć wspólny temat. Wydostać się zza paskudnych granic „ja”.

Pisanie podobnie wydumanych aforyzmów budzi przerażenie w samym autorze. Ale nie napisze on nic innego, kiedy jest za kratkami. Musi sobie bajdurzyć. Musi coś powiedzieć. Bo nie wie i nie rozumie już nic, kiedy nie ma celu.

Można jednak zaryzykować hipotezę, że żyjąc w świecie pustych konwersacji, które niewiele wnoszą do życia, egzystencja bez priorytetów wydaje się czymś zwyczajnym. Ten przechodzący ulicami tłum być może nie potrzebuje niczego innego. Rozmowy bezwartościowe, jakich dziś pełno, stanowią o wnętrzu dzisiejszego społeczeństwa. A jednak jest w nim ten okruch ludzkości, którego mi brak. Widnieje na plakatach z pięknymi sylwetkami i najbardziej modnym ubiorem. Widnieje w sagach pełnych przygód i monumentalnych, kinowych superprodukcjach. Na ofertach wakacyjnych, tanich lotach, wycieczkach, pobytach w hotelach, restauracjach. Ale ja przy tym wszystkim zasypiam.

To niewiarygodne, ale jakiś paskudny impuls pcha ludzi wciąż do gry w tej komedii. Zafundowaliśmy sobie najbardziej nudny ze światów, a jesteśmy w nim umorusani po zbóju i po całym ciele. Czy inni odczuwają ten sam przesyt co ja? Chyba jednak ciągły niedosyt, smutne.

Skąd dziś mężczyźni?

No właśnie, skąd, a raczej: z czego? To smutne, ale chyba z memów, seriali, piosenek hip-hopowych, filmów porno i książek o umięśnionych herosach. Wszystkie te gadżety niczym koledzy poklepują współczesną „męskość”, „dumę” i „honor”, a także pozwalają na utrzymanie osobnika w doskonałym, głośno chichoczącym optimum, które zatrzymuje na dobre w błogości spijania piwa, śnie o byciu zdrowym, silnym, błyskotliwie wulgarnym i równo skrojonym.

Męska beczka śmiechu, tak jak beczka piwa, wygląda na trwałą, wyrobioną. Jak gąbka chłonie kolejne fobie testosteronu. A zaczynają się one i kończą choćby tu – na subtelnej sile kobiecości. Nawet najlepiej obudowany organizm, w zbroi z fejsbukowych fanpejdżów, z tarczą pełnych krwi komputerowych gier, nawet z mocno rozwiniętym kręgosłupem bogoojczyźnianym – nawet taki to czołg grzęźnie w mule, kiedy najzwyklej inteligentna kobieta za pomocą kilku prostych sztuczek wystawi na próbę jego najczulszy z elementów: męską dumę.

Ba! Nie tylko przed kobietami się ona ugina. Komuż z tych marzących o podbojach przodków, sentymentalnych marzycieli, kolekcjonujących hełmy, karmiących się wojennymi filmami – komuż z nich przyjdzie do głowy fakt, że na wojnie niekoniecznie stać się mogą bohaterem, ale np. jeńcem bądź inwalidą? Iluż to bogaczy nie śpi po nocach przez koszmary, w których nikną ich pieniądze i zaczyna się smutna dola żebraka?

Kiedyś, czytając o Wikingach, dowiedziałem się, że ich żony miały większe niż gdzie indziej prawa, np. prawo wystąpienia o rozwód. Doszedłem wówczas do prostego wniosku: mocą tych wojowników, którzy podbili być może więcej świata, niż nam się wydaje, była istota przezwyciężenia własnego strachu. Strachu niezwyczajnego – strachu męskiego. Bo w nim się chyba zasadza struktura męskiej dumy: w byciu jak najlepszym kolegą. W lęku przed kompromitacją wśród „swoich”. W ciągłej potrzebie imponowania i byciu „pierwszym”. Także żerując na tym męskim lęku politycy budują nam „męski”, neoliberalny kapitalizm.

Oglądając zatem (i słuchając) codzienne przebłyski ciętego języka, jakiego dostarcza mi rzeczywistość fizyczna oraz medialna, myślę czasem, że kurczymy się my, panowie, niczym te nędzne istoty z grafik Brunona Schulza. Zagubieni we własnych pożądaniach nie potrafimy grać w prawdziwie ryzykowną grę, którą jest przecież życie, gdyż wszędzie nam płynie lekko pocieszające piwo: proste zdania, tępe docinki, prymitywne tęsknoty, próby rzewnego doprowadzania świata do „normalności” (w grach komputerowych i rozmowach w knajpie). Być może jednak świat się nie zmienił – zmieniliśmy się my. Kres ery gentlemanów przyniósł… nic nie przyniósł.

 

Na razie kończę

Zdecydowałem się napisać niby oświadczenie i mam nadzieję, że uda mi się ująć je w odpowiednim tonie. Jest ono skierowane chociażby do tych wszystkich miłych ludzi, którzy (bardzo mi przy tym schlebiając) proponują napisanie recenzji czy tekstu na dany temat. Jest to też również dla osób, może i nielicznych, ale wypytujących mnie o zainteresowania, plany, inspiracje czy daty publikacji jakichś literackich wyrobów spod mojej ręki. Wszystko naprawdę bardzo miłe, ale…

Ale…

Prawda jest smutna, bo chcę ogłosić, iż na tę chwilę nie mam zbyt wiele do przekazania. Nie wiem, czy miałem kiedykolwiek, ale jeśli nawet, to się wypaliłem. Być może tak wygląda twórczy kryzys, być może. Spróbuję jednak trochę się usprawiedliwić.

Otóż mowę odbierają mi donosy z gazet i obserwacje codzienności, na które skazany jestem od kiedy porzuciłem ciepłe, separujące od świata mury uczelni. Świat mi się nie podoba. W tak dziwacznym pluralizmie, jaki ostatnio trzęsie życiem społecznym, nie widzę sensu pisania czegokolwiek i gdziekolwiek, gdyż i tak wzbudzi to jedynie refleksję na temat tego, za kim jestem? Bardzo smutna ta polityczna wspólnotowość, bardzo smutny ten dzisiejszy głód konfliktu. A przyznam, że właściwie nie potrafię wnieść w tę polifonię niczego konkretnego, bo sam czuję się uwsteczniony. Nieświeży. Niedzisiejszy. Świat poszedł w przód, a ja w tył. Odezwę się, jak zmądrzeję. Nie pozabijajcie się do tego czasu.

Jutro, w czas bitwy o mnie myśl i niech wypadnie tępy miecz z twej ręki.
*cytat z mało znanego dramatu Szekspira, który Javier Marias umieścił w tytule swojej powieści. Bardzo ją polubiłem.

Bezczelne kaprysy przypadku

Windą na szafot to film, który mnie urzekł, mimo że zaczyna się od dialogu dwóch typowych je t’aime. Jest subtelnym wprowadzeniem Szekspira w mroczną estetykę kina noir, kina, które chyba najbardziej wybiło się na reprezentację tego, co „kinowe”. Czarno-białe widowiska wypełnione mężczyznami w płaszczach i kapeluszach oraz bogato wystrojonymi, niezwykle zmysłowymi heroinami wydają mi się pierwszym skojarzeniem, jakie mam ze słowem „kino”, tak jak wielkie tomy dziewiętnastowiecznej prozy realistycznej dominują u mnie w znaczeniu słowa „literatura”. A i wspomniany już Szekspir doskonale staje w tym elitarnym szeregu, gdy mowa o teatrze. Ba! Film Louisa Malle’a to także jazz, muzykę napisał i nagrał sam Miles Davis, więc wszystko tu nie wydaje się ani trochę nieporozumieniem, oprócz tego początkowego je t’aime, je t’aime

Louis Malle

Reżyser Louis Malle jest w ogóle całą epoką francuskiego (i światowego) kina. Jego staż trwał ponad 30 lat i przyniósł wiele produkcji tak głośnych, jak i kontrowersyjnych (m.in. KochankowieSzmery w sercu, Do zobaczenia, chłopcy!). Zdarzyło mi się nawet już  pisać tu o jednym obrazie, który współtworzył wraz z Rogerem Vadimem i Federico Fellinim (Historie niesamowite – trzy nowele filmowe inspirowane opowiadaniami Edgara Alana Poe).

O ile więc nie jestem wielkim sympatykiem dziewiątej muzy, o tyle Windą na szafot okazało się historią wprost idealnie trafiającą w moją wrażliwość. To fabuła mocno napędzana przez istotę przypadku, którego rola jest tu tak niebagatelna, że wręcz nierealna.

Louis Malle

Były oficer, weteran francuskiej kampanii w Indochinach decyduje się na zabicie swojego obecnego szefa – słynnego biznesmena, handlarza bronią, mając jednocześnie namiętny romans z jego żoną (stąd początkowe je t’aime). Wszystko idzie jak z płatka, lecz do czasu (zwiastunem załamania misternego planu jest już spoglądający na miejsce zbrodni, czarny kot – proste, lecz urokliwe). Zabójca bowiem zostawia zwisającą z okna linę, co nie wydaje się jeszcze tak straszne, gdyż siedząc już wygodnie w swoim sportowym samochodzie zauważa sznur na budynku, po który wraca, nie zamykając wozu, wsiadając, jak gdyby nigdy nic,  w windę, co okazuje się błędem. Dzień pracy dobiega już końca, więc poczciwy dozorca wyłącza prąd w całym budynku. Winda staje w połowie drogi, główny bohater jest w potrzasku. W tym samym czasie jego nowoczesny samochód zostaje skradziony przez parę młodych kochanków, którzy łatwo i bezmyślnie (właściwie dla swojego wieku) popełniają na konto właściciela cały szereg straszliwych głupstw…

Louis Malle

Przygrywający w tle Miles Davis doskonale oddaje istotę całego spektaklu, będącego właściwie barwnym wyrazem zmian, jakie nadchodziły wówczas w skostniałej, burżuazyjnej Francji, mającej kaca po Vichy i swojej ostatniej, kolonialnej(!) przeprawie w Indochinach. Świat kawiarenek i pięknych ubrań okazuje się tępą grą pozorów, resztkami pozostałymi na ruinach starego, europejskiego ładu. Nadchodzące pokolenie odczuwa przekłamanie zarówno tradycji, jak i zrodzonej przez nią obyczajności, daje się ponieść ślepym instynktom prowadzącym do spalenia wszystkiego na popiół. Choć przecież policja ostatecznie triumfuje, jej władza broni tego, co dla wszystkich uczestników fabuły jest nienaturalne. Właściwie to wszyscy oni walczą o miejsce dla własnej naiwności. Nie wydaje się dziś zbytnio odkrywcze, lecz wrażenie obserwacji tamtych lat, gdzie ludzkość rozpaczliwie walczy o banalnie pojętą młodzieńczość – to jednak wciąż niezwykłe, zwłaszcza za pośrednictwem filmu noir.

Louis Malle

Nadzwyczaj prosty, a jednocześnie nadzwyczaj niesamowity film Louisa Malle’a wchodzi na wieloletnie pole dialogu Europy o tym, jak wiele i jak niewiele znaczą kaprysy serca. Zazwyczaj w historii bywa, że po trudnych politycznie okresach ludzkość chce się odmłodzić, czasem na siłę, czasem nazbyt rozpaczliwie. A wyraża to ciągle tym samym – namiętnymi kochankami walczącymi o autonomię, walczącymi za cenę każdego życia, każdej sprawy. Gdyby podsumować w ten sposób dzieje ludzkiego gatunku, jest on jakby trochę zatrzymany w średnim wieku, jedną nogą w sportowych butach, drugą na inwalidzkim wózku dla starców. I nie, panie Szekspir, świat nie jest teatrem. On jest zwaśnionym klubem samotnych serc (alem powiedział).

Wewnętrzne krasnoludy

Istnieje rodzaj nieprzyjemnego blogowania, psychopatycznego blogowania. Pisania zdań, które nie mieszczą się na żadnym portalu, w żadnej gazecie. Wyrwanych z pióra jak krtań w uścisku terrorysty. Są bękartami piszących, zwłaszcza tych najmniej zdrowych. Najbardziej używających sobie na słowach.

To śmieszne, ale przez lata zachęcałem znajomych do czegoś, co w książkach sprzed stu lat nazwane zostało podróżą w głąb samego siebie. Gloryfikowałem tę próbę egzystencjalnego wczucia jako lek na całe zło doświadczeń zewnętrznych, które przynosi życie (iii… ludzkie zwierzenia). Dziś wyczuwam w tym ogromną bzdurę, a być może i… pułapkę(?).

Bo jak właściwie ta podróż miałaby wyglądać? Nieskończone rozmyślanie o własnych mniej lub bardziej cierpkich ekscesach? A może wybranie któregoś z nich jako kluczowego, tego, co determinuje całą passę innych, męczących, dręczących nocami. Nieskończone błądzenie po spięciach miłosnych i towarzyskich kompromitacjach. Powtarzanie sobie o niewykorzystanych szansach. Myślenie co by było, gdyby…

Widać tu prosty błąd. Błędem jest chyba kumulowanie energii na interpretacji samego siebie. To jednak przecież działanie, a ono jednak… ono jednak nieustannie nas zniekształca.

Tak wygląda oszukiwanie wspomnień i kształtowanie z nich lustrzanego odbicia, to niby pozwala poznać kogoś nowego. Kogoś, kto siedzi w duszy. Z iloma dziwadłami rozmawiamy? Mam wrażenie, że z każdym jednym utrapieniem powstaje nowy natręt, który pcha się na miejsce tego, co wewnątrz autentyczne. Jesteśmy trochę rzeźbiarzami naszych rozmówców, rozmówców powstających jak grzyby po deszczu w momentach samotności. Proszę wybaczyć te mentorskie rojenia, nie mam tu żadnych psychoanalitycznych ambicji. Chciałbym za to pomyśleć, czy wewnętrzne dociekanie własnego ja do końca jest bezpieczne. I czy wartościowe.

Żyjąc w czasach, kiedy na wszelką tezę monopol mają jedynie naukowcy, można by na nich zaoszczędzić. Wszyscy wytwarzamy sobie partnerów, tak uważam. Są oni niczym innym, jak naszą zabawą w ikony. Wyglądamy sobie raz na bardziej, a raz na mniej umięśnionych. Raz bardziej, a raz mniej elastycznych. Bardziej lub mniej ekstrawaganckich, podobnych do tych lub innych filmowych aktorów, postaci literackich. Mam wrażenie, że już kiedyś o tym wspominałem. Tylko teraz, miły czytelniku, ów przyjemny typ obłąkania nie wydaje mi się straszliwy, a… powszechny, naturalny. Ale niezdrowy. Chorujemy dziś poważnie, bo nieustannie na nowo staramy się ze sobą wytrzymywać. Z całą masą skrzywień gromadzących się w duszach, lepiących nowych chochlików.

Ci wszyscy panowie nas zabawiają. Pocieszają. Nużą. Dołują. Karcą. Kuszą. Prowadzą na manowce. Dusza jest prawdopodobnie niesamodzielna. Ona także pragnie się zabawić, od czego ma wyobraźnię. Z resztek codziennych odpadków doświadczenia potrafi coś ulepić.

Paskudne jest to pomnażanie codziennych rozmówców.

 

Letnie paplanie

Była kiedyś taka historia o straszącym nad rzeką nożowniku, który usmarowany węglem, odziany w czarne łachy biegał za kąpiącymi się latem dziećmi. Podobno spodnie z tyłu zaszył drutem, gdyż raczej ich nie ściągał i, dzięki temuż drutowi, załatwiał potrzeby fizjologiczne.

Lipiec żywi się opowieściami wybrzmiewającymi wśród bujnie rosnących chwastów. Panuje wówczas wśród ludzi dyspozycja słuchania. Świat staje się fantastyczny, śmieszny i młody. Nawet, kiedy w gazetach panuje kryzys, a za ścianami zachodu ponoć wyrastają nowe, podejrzane mocarstwa, trudno przerwać gadulską obsesję. Jakoś latem łatwiej odnaleźć się opowiadającym, zwłaszcza podczas naiwnych, wakacyjnych rytuałów. Pomnażani są jak ryby po deszczu, każdy odnajduje w sobie stare, najbardziej zakopane w duszy historyje.

Teraz nawet piszę, a prawie wyszło mi to z krwi. Zawsze co innego w dzień, co innego nocą.

Nocą lipcową należy coś napisać, choćby miało to być czytelne tylko w lipcu, tylko po północy. Utrwalenie  zmroków lata, które energetyzują życie, jest szlachetną próbą wprowadzenia powietrznych fluidów  w bezduszny świat liter. To radość bezwolna i niekontrolowana. Takie chowanie upału do słoika. I nieważne, czy będę tu zaraz kręcił anegdotę, czy może spróbuję ckliwie poetyzować. Obok ciepłego wieczoru po prostu nie wypada przejść obojętnie, jakkolwiek to brzmi.

Paplanie, tak.

Po naciśnięciu klawisza enter popatrzyłem na powstały uprzednio akapit. Pisząc go stałem się dzieckiem, które w wieku ośmiu lat zaczynało literacką praktykę rymami i jeśli w pobliżu jest łąka/to idź się w rzece wykąpać. Tak, sam śmieję się z siebie, lecz w przyjemny sposób. Okazuje się bowiem, że długo czekałem na moment, kiedy zacznę pisać z nudów. Nie z frustracji, nie z ambicji, nie z obowiązku, ale… z nudów.

Znowu o sobie? Nie.

Nuda, wydaje się, jest objawem naszego zdrowia psychicznego i osiągnięcia względnie trwałego spokoju. Człowiek chory się nie nudzi, nie jest w stanie. Nieustannie zajęty jest walką – wewnętrzną lub międzyludzką. Po najczarniejszym 25-tym roku życia nauczyłem się wycofywać w porę z presji działania. I teraz, przyznam, rozkoszuję się rezultatem.

Opowieść jest też alternatywą dla wymądrzania, jakie powyżej praktykuję.

Opowiadanie historii, które zajmuje mi tyle życia, nie musi mieć w sobie symptomów degeneracji, okaleczenia, czy zwyczajnej chęci zwrócenia uwagi. Jest przyjemnością opowiadacza, w ten sposób dopiero znajdującego spokój. Stworzono nas do ważniejszej użyteczności języka niż zwykła wymiana uwag i potrzeb. Pomnożyliśmy po stokroć kombinacje słów aby wytłumaczyć głównie to, skąd przyszliśmy i dokąd idziemy. Nic innego, w gruncie rzeczy, nie obchodzi nas w naszych spotkaniach.

Jeśli miałbym na koniec o czymś opowiedzieć (bo niechcący namnożyłem aforyzmów), przypomniał mi się człowiek, z którym kiedyś jechałem „stopem”. Szukając wspólnego tematu, zacząłem snuć zasłyszaną gdzie indziej, w innym samochodzie anegdotę o właścicielu firmy budowlanej, co to wygrał przetarg na budowę autostrady, po czym przez usterki logistyczne jego firma zbankrutowała, a on skończył z długiem na 4 miliony złotych. Okazało się wówczas, że jadę z tym właśnie osobnikiem. Oświadczył mi jeszcze, że właśnie się „odkuł”. Tak właśnie nieoczekiwanie stajemy się tym, o czym opowiadamy.

Alice

Riffy z Fugazi ciągną mnie na randkę
z Alicją w kajdanach. Przerobiłem jej
śmierdzącą skórę już miliony razy.
Teraz chce, bym postawił jej piwo,
ma ostatnie drobne i dawno nie jadła.

Daję jej rękę, daje oczy, kawałki
mięsa z siebie. Chciałaby jakiegoś
głupiego dowcipu, choćby słodkiego
potknięcia się Konrada o kamień.
Udaję, że udaję, ona się śmieje
bezzębnie. Lubi moje radosne
samoobijanie kolan.Ta słodka krew
z dzieciaka i jego brak marzeń.
Słodka, kurwa.

Widzisz, Alice, wszystko byłoby
dobrze, gdybyśmy przestali
widywać się w miejskich parkach.
Tak, wiem, przypominają Ci one
rodzinne Seattle. Lecz ja, niestety,
pochodzę z polskiej rodziny, która
chciałaby poznać swoją synową.
Chciałaby ślubu z wódką i z mięsem,
z tańcem, bójką między wujkami,
rzucaniem welonu.
Alice, po prostu musimy się razem
przeżegnać. Albo pożegnać.
Jak wolisz.

Ktoś opowiada o walce z depresją.
Ja… piszę wiersze o samotności. Rany,
Alice płacze,  rzygam tym płaczem.
Ktoś opowiada o walce z depresją, tym
też rzygam. Skąd się biorą ludzie, którzy
nie mają starych płyt kompaktowych i kaset.
Oni tylko o walce z depresją,
o leczeniu anonimowych alkoholików.
Opuścili Alice. I znów, kurwa, mam ją
przygarnąć?.

Mętna historia nie zwraca uwagi, ot,
syndromy rozpieszczenia jedynaków.
Opiekuję się Alice. Jakie, kurwa, szlachetne.
Mam przynajmniej ostatnie słowo. Słodkie.
Jej ostatnie słowo. Lifeless dead.
Wyrecytujcie każdą z tych głupot gdzieś,
tam, w młodości. Bardzo śmieszne.
Już nigdy nie będziecie młodzi.
Bardzo śmieszne. Młodość to coś więcej.
Dosyć, kurwa, dość.

 

Casanova

Gdy umiera moje słowo,
Jestem sam, Casanovo.
Piszę do rozmawiających z brakiem serca.
Jestem głosem mojego ojca,
Który też był sam,
Choć kibicowały mu piękne kobiety.
Jak mi.
Jestem pisarzem samych,
Nie kobiet, nie mężczyzn.

Nie dotykam łez, nie ocieram łez.
Znajduję pieniądze na ulicy, mam szczęście.
Mam szczęście samego.
Zabijam owady i nikt się nie burzy.
Oburzenie wzbudza zbrodnia kalekich ludzi.

Jestem sam, włączam muzykę nieszczęśliwych sławnych.
Moje ostatnie słowa będą nieznaczącym upadkiem.
Bo gdy umiera moje słowo,
Jestem sam, Casanovo.
Podajcie moje „sam” pocztą pantoflową.
Niech ktoś się chociaż zaśmieje.
Tak pisze sam, sam, sam.
I jeśli chcesz, bym posprzątał pokój, nie zrobię tego.
Jestem jego brudem, przyznaję się.
Płacę duże kaucje za swoje życie.
Nie umiem płakać, więc płacę.
Rodzina płacze, a ja jestem sam.
Rodzina mówi, że nie jestem sam.
Rodzina płaci.

Gdy umiera moje słowo,
Jestem sam, Casanovo.
Daj mi żyć, daj mi nieżyć.
Daj mi więcej deszczowych dni, kiedy popijam dym.
Bo piszę słowo,
Bo nie mogę się zabić,
Niech słowo umiera za mnie.
I napiszę jeszcze raz to,
Że jestem sam, Casanovo.
Bo to wszystko dla Ciebie,
Byś żył tak, jak na to przystaje świat.
Kiedy już pięknie się zaśmieje,
Kiedy napisze Twoją historię po raz setny.
Umrzesz jak moje słowo, Casanovo.
Z miłością chrześcijańską, wiarą i nadzieją.
Bo jesteś ostatnim ze snów, które stają się ciałem.
Bo jesteś słowem, Casanovo.